sobota, 12 grudnia 2015

Rozdział 12.

* oczami Sylviana *

    Jesteśmy już z Charlie na górze. Siadam na pobliskim kamieniu i zatapiam się w głębie swego umysłu (hm, jakże to pięknie brzmi, nie uważacie?).
    Najbardziej zastanawia mnie, skąd ona dowiedziała się o mojej słabości. Czyżby wracała jej pamięć? W królestwie wiedziała o tym, owszem. Może po prostu znowu się domyśliła? W końcu to nadal ta sama osoba co przed czyszczeniem pamięci.
    Kiedy opowiadała mio tych wszystkich opcjach, czułem się jakby po raz drugi zajrzała do mojego umysłu po tę samą informację. Nie wiem skąd to wzięła, ale Charlie to bardzo mądra i inteligentna dziewczyna, więc nie powinno mnie to dziwić. Ba! Mogę się założyć, że jeszcze nie raz mnie zaskoczy. Zawsze w rzeczach intelektualnych była ode mnie lepsza. Mogłaby zostać świetną królową. Heh, no właśnie, mogłaby...
   Przytuliłem ją, gdy szliśmy, bo poczułem, że muszę. Muszę być dla niej dobrym bratem. Nie tylko muszę, ale po części też chcę. Dopiero teraz to poczułem. Kocham ją jak prawdziwą siostrę, a nie tylko przyrodnią. Może i mamy jedynie wspólną matkę, ale mamy teraz też wspólne zadanie, Ja muszę ją chronić, a ona musi się wszystkiego na spokojnie nauczyć. Nauczyć jak wykorzystywać swój dar. Kiedyś się dowie wszystkiego o sobie, więc chciałbym, żeby miała wtedy u mnie wsparcie., żeby nauczyła się nad tym panować i nie wywołała żadnej katastrofy.
    Jak tak teraz na nią patrzę, gdy chodzi po trawie, przygląda się okolicy, bawi się kamykami ze strumyka, przypomina mi się, jak obserwowałem ją zza krzaków, gdy bawiła się przy małym strumyczku kilka lat temu. Wtedy jeszcze nie mieszkałem w zamku - razem z ojcem byliśmy zwykłymi ludźmi z miasteczka. Ojciec służył w Straży, więc był jako tako znany, jako że Strażników nie jest zbyt wielu. Zresztą, mnie też rozpoznawano. Byłem "tym pierwszym dzieckiem królowej Rachel, które nie ma żadnego prawa do tronu, ani do życia w pałacu, bo został spłodzony przed koronacją swojej matki i w ogóle przed małżeństwem swoich rodziców". To prawda. Rachel, teraz królowa Rachel, była kiedyś mieszczanką. Kochała mojego ojca, byli razem szczęśliwi. Lecz pewnego dnia cudowny, wtedy jeszcze książę, Tristan przyjechał do miasteczka i ponoć "spostrzegł Rachel wśród tłumu kobiet witających go" i od razu się w niej zakochał. Tak przynajmniej powiedział oświadczając się jej. Niestety, ale prawo mówiło wyraźnie: "Książę może wziąć sobie za żonę kobietę z wioski/miasta, pod warunkiem, że nie ma ona męża, dzieci i znajduje się w przedziale od dziewiętnastu do dwudziestu pięciu lat". No a że moja matka jeszcze mnie nie urodziła, ani nie wiedziała wtedy nawet, że jest w ciąży, to niestety zaliczała się do tych kobiet. Gdyby mój ojciec jej się oświadczył, sprawa mogłaby wyglądać zupełnie inaczej, lecz był on wtedy bardzo biedny, nie było go stać na pierścionek, a uważał, że matka na niego zasługuje.
     Tak więc po pewnym czasie, gdy wyszło na jaw, że Rachel jest w ciąży innym mężczyzną nie księciem, król Henryk, chcąc pokazać jaki jest dobry dla poddanej, pozwolił jej, z łaski swojej, urodzić to dziecko. Jednak pod warunkiem, że jego wychowaniem zajmie się ojciec. I tak się stało. Harry wychował mnie tak a nie inaczej. Pracował nieraz całe dnie, więc zazwyczaj się nudziłem, ponieważ nauką dzieci zajmowali się rodzice, czasami dalsza rodzina. Kiedy król Henryk zmarł, książę Tristan został koronowany. Miesiąc potem urodziła się Charlie.
    Po raz pierwszy zobaczyłem ją mając dziewięć lat. Ona miała wtedy siedem. Było to nad małą rzeczką, płynącą przy granicy miasta i zamku królewskiego. Była wtedy ubrana w zwiewną, białą sukienkę, miała jeszcze jasne włosy, układające się w burzę loków. Biegała boso po łące i wchodziła do wody.
    To wspomnienie uderzyło we mnie tak nagle. Gdy bawiła się, skakała, a ja patrzyłem oczarowany, nie mogąc odwrócić od niej wzroku. Spodobało mi się jak lekko stąpa po ziemi, jak patrzy na świat i mówi przeróżne rzeczy do ptaków, a one jej ćwierkają do niej. Wtedy nie wiedziałem co to oznacza. Myślałem, że tylko udaje, że z nimi rozmawia... W końcu małe dzieci bawią się w taki sposób. Nagle spojrzała w miejsce, gdzie się ukrywałem. Ujrzała mnie i szybko uciekła do zamku. Ja spanikowałem i także uciekłem. Nie chciałem narobić tacie kłopotów, bo nie wolno nam było się widywać do czasu, gdy Charlie nie będzie pełnoletnia. Wtedy to miała zadecydować, czy chce mnie poznać czy wręcz przeciwnie.
    Pamiętam także jak król Tristan zmarł nagle i królowa Rachel oznajmiła poddanym, że mój ojciec zostanie jej partnerem, ale to ona będzie sprawować władzę. Ja i Harry mieliśmy przenieść się wtedy do zamku i tam zamieszkać. Bardzo się stresowałem całą zaistniałą sytuacją. Po pierwsze, to mogłoby wyglądać tak jakby moja matka zabiła Tristana, którego zresztą nie kochała, żeby być z moim ojcem. Całe szczęście okazało się potem, że umarł on z przyczyn naturalnych.
    Wprowadziłem się do zamku mając zaledwie trzynaście lat. Kiedy ujrzałem Charlie w sięgającej do ziemi jasnozielonej sukni, zaniemówiłem zauroczony jej pięknem. A gdy dotarło do mnie co potem powiedziała, jeszcze bardziej mnie zamurowało.
- To ty chowałeś się w krzakach? - zapytała z chytrym uśmieszkiem tak cicho, abym tylko ja ją usłyszał.
    Uśmiechnąłem się do niej ciepło, bo nie miałem pojęcia, że pamięta tę sytuację. Przez te cztery lata wypiękniała, jej włosy pociemniały, oczy błyszczały jeszcze bardziej, uśmiechała się też szerzej. Była szczęśliwa, że wreszcie mogła poznać swojego przyrodniego brata.
    Kiedy tak o wszystkim rozmawialiśmy na osobności, dowiedziałem się, że nikomu nie powiedziała o naszym pierwszym spotkaniu. Byłem jej za to wdzięczny, bo gdyby to wyszło na jaw, ojciec straciłby pracę, dom, wszystko. Ja prawdopodobnie zostałbym zgilotynowany na miejskim placu. Król Tristan nienawidził mojego ojca, zresztą z wzajemnością. Jeden był wściekły, bo musiał żyć z myślą, że gdzieś tam mieszka dziecko jego żony, które ma z innym facetem, a drugi, bo pewien facet odebrał mu największy skarb swojego życia: osobę, którą kochał nade wszystko, dla której poświęciłby swoje życie i z którą nie mógł nawet porozmawiać przez jedenaście lat. Do momentu przyjazdu na zamek ojciec był wiecznie smutny, rzadko się uśmiechał. Obecność mojej mamy go odmieniła. Stał się szczęśliwym człowiekiem, bo miał przy sobie ukochaną, która nawet na moment o nim nie zapomniała.
    Ze wspomnień budzi mnie głos Charlie:
- Pójdziemy tam kiedyś? - pyta wskazując palcem na górę z ogromnym wodospadem.
    Spoglądam w tamtą stronę. O nie, tylko nie to miejsce. Jeszcze nie teraz, jest za wcześnie, ona nic nie wie.
- Jak będziesz gotowa. - mamroczę cicho. 
- Co? Jak gotowa? - dziewczyna marszczy brwi i patrzy na mnie pytająco. Ja jednak postanawiam tym razem nie dawać za wygraną.
- Czy to jest teraz takie ważne?
   Podchodzę do siostry i zaczynam ją łaskotać. Udaje jej się wyrwać.
- A ta góra obok? Czemu mam nieprzyjemne przeczucia, gdy na nią patrzę?
   Patrzę na górę po prawej i zaczynam się martwić. Nie, nie możesz dać po sobie znać. Otrząsam się ze wszystkich myśli, które zaczęły kiełkować w mojej głowie i znowu łaskoczę Charlie. Tym razem siostra się nie wyrywa.
 - Nie! Błagam! Przestań! - krzyczy i śmieje się. Kładzie się na ziemi i zasłania się rękami i nogami, żebym tylko przestał ją gilgotać. Chcę, by zapomniała o tej górze, co chyba mi się udało. Chcąc odpocząć, zawieramy chwilowy rozejm, kładziemy się obok siebie na miękkiej trawie i patrzymy na chmury.  Mówimy co nam przypominają i wyjątkowo miło spędzamy czas.
    Trwamy w tym błogim stanie przez dłuższy czas. Nagle słyszymy okropne dźwięki, które bardzo przypominają mi krakanie czarnego ptaka...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz