poniedziałek, 28 grudnia 2015

Rozdział 14.

* oczami Charlie *
    Jestem u Sylviana w pokoju w chwili, gdy się budzi. Nareszcie, myślę. Już się bałam, że to coś poważnego, bo resztę wczorajszego dnia przespał. Teraz jest 16:00 i w końcu będę mogła się czegokolwiek dowiedzieć.
    Pablo tak na prawdę nie powiedział mi nic. Kiedy wprowadziłam Sylviana do domu, kucharz kazał mi zaprowadzić go do pierwszego pokoju po prawej stronie na pierwszym piętrze. Tak zrobiłam. Jak się okazało potem, był to właśnie pokój Sylvina. Kucharz przyszedł, gdy położyłam brata na łóżku. Nie był jakoś strasznie ciężki, nawet się nie zmęczyłam prowadząc go. Pablo poprosił mnie, abym go ustawiła w pozycji siedzącej i przytrzymała, gdy on będzie mu podawać leki i herbatę ziołową. Z ogromną chęcią mu pomogłam, bo martwiłam się o jego stan zdrowia.
- Nie powinniśmy zabrać go do szpitala? - zapytałam Pablo, który w tym momencie spojrzał na mnie zdziwiony. Zobaczyłam na jego twarzy zdziwienie. Ogromne zdziwienie, ale i złość. Tylko dlaczego? Przecież ja też byłam w szpitalu.
    Po chwili Pablo pokiwał głową i wrócił do przygotowywania naparu z roślin, które widziałam pierwszy raz w życiu. Chyba...
- W porządku, dam mu się napić, a potem go ułożymy do snu. Musi odpocząć - powiedział Pablo.
- Dobrze.
   Gdy opuściliśmy pokój, Pablo poprosił mnie, abym nie pytała Sylviana o wydarzenia z dzisiaj, kiedy się obudzi.
- Może być w lekkim szoku, a nie chcemy pogarszać jego stanu, prawda?
- Nie chcemy - odpowiedziałam.
   Pablo poszedł przygotować jakiś obiad, a ja zaszyłam się w pokoju.


* oczami Sylviana *

   Otwieram oczy. Jestem u siebie w pokoju. leżę na łóżku przykryty kocem. Obok, na stoliku, stoi kubek z czymś gorącym, bo widzę parę. Nagle czuję pragnienie. Podnoszę się powoli, siadam, aby się napić. Biorę małego łyczka, żeby nie poparzyć sobie przełyku. Całe szczęście, napój nie jest aż taki ciepły. Biorę jeszcze jeden łyk, żeby poznać smak tego, co piję. Jest to herbata, tego jestem pewny. Ale jaki ma smak? Trochę jak malina, a trochę jak pomarańcza... Sam już nie wiem.
- To herbata malinowa z sokiem z pomarańczy. Pablo powiedział, że Ci pomoże - słyszę czyjś głos.
   Patrzę w lewo. Przy drzwiach stoi Charlie. Ma na sobie luźną niebieską bluzkę, szare spodenki i czarne trampki. Ciemne włosy upięła w luźnego loczka, dzięki czemu wygląda na prawdę słodko. Dziewczyna spogląda na mnie z troską.
- Jak się czujesz? - pyta.
- Już lepiej - odpowiadam. - Chodź, siadaj.
   Charlie podchodzi do mojego łóżka, a ja biorę jeszcze kilka łyków herbaty. Teraz zacząłem się zastanawiać, czy to na pewno jest malina i pomarańcza. Owszem, smakuje tak, ale...
- Pamiętasz, co się wczoraj stało?
    To pytanie mnie zamurowało. Wspomnienia wracają do mnie tak nagle, że prawie upuszczam kubek z wrażenia. Odkładam go szybko na szafkę i chwytam się za głowę, w której pulsuje mi niemiłosiernie. Ręce trzęsą mi się jak galaretka, a przed oczami migoczą obrazy z wczorajszego dnia: czarny kruk, wodospad, czas spędzony z Charlie.
   Wszystko uderza we mnie tak nagle, zdecydowanie zbyt gwałtownie.
   Jest mi gorąco, chcę wstać, iść do łazienki i wziąć prysznic, ale nie mam siły podnieść się z łóżka. Przed oczami widzę czarne plamy, ale spomiędzy nich wystaje Charlie, która klęczy przede mną. Mówi coś d mnie, klepie mnie w policzek. Widzę to wszystko, ale nie słyszę nic, ani nie czuję.
   Jestem zmęczony, nie chce mi się nic odpowiadać, oddychać, mrugać. Zamykam oczy i tracę przytomność.

* oczami Charlie *
   Podchodzę do łóżka brata i pytam go:
- Pamiętasz, co się działo wczoraj?
   Wiem, że Pablo prosił, bym nie rozmawiała z Sylvianem o wczorajszych wydarzeniach, ale ja nie mogłam się powstrzymać. Chcę wiedzieć, co tak na prawdę się stało. O co mu chodziło w ogóle? Spędziliśmy miło czas, a on nagle zwariował, zaczął czegoś szukać, potem zachowywał się, jakby opuścił nasz świat. 
    Bardzo się o niego martwiłam, w końcu to mój brat. Nie pamiętam, jakie były nasze relacje przed wypadkiem samochodowym, ale chcę, by teraz były jak najlepsze. Kocham Sylviana jak prawdziwego brata i boję się o niego, jak i prawdziwego brata. Straciliśmy rodziców, mamy już tylko siebie. Powinniśmy dbać o siebie nawzajem.
   Z moich rozmyślań wyrywa mnie nagła zmiana w zachowaniu Sylviana. Oddech chłopaka znacznie przyspiesza, oczy stają się nieobecne, a ciało wygląda, jakby chłopak miał zamiar kogoś pobić. 
   Strach mnie ogarnia. Nie wiem, co mam zrobić. Chcę pobiec po Pablo, ale wtedy Sylvian mógłby sobie coś zrobić.
   Podchodzę do niego, klęka i usiłuję nawiązać jakikolwiek kontakt. Moje próby są na nic. Po kilku sekundach Sylvian mdleje.
   Nie zastanawiam się ani chwili dłużej. Rzucam się w stronę drzwi, biegnę korytarzem i po schodach. Tam spotykam Pablo, który patrzy na mnie ze zdziwieniem.
- Czemu tak biegniesz?
- Sylvian... on... zemdlał... - mówię zdyszana i przerażona stanem brata.
   Pablo rzuca się w stronę schodów, wbiega na górę, a ja za nim. Kiedy on sprawdza, co z Sylvianem, ja siadam na krześle obok drzwi, opieram łokcie o stolik i chowam twarz w dłonie, Łzy kapią na blat, a ja nie potrafię ich powstrzymać. Ba! Nawet nie chcę. Ta sytuacja to moja wina. 
   Kucharz podchodzi do mnie i pyta:
- Zapytałaś go o wczoraj, prawda?
   Nie chcę, by zobaczył moje łzy i usłyszał łamiący się głos, więc tylko kiwam głową. Słyszę jak ten wciąga powietrze nosem. Próbuję się uspokoić.
- Prosiłem cię, żebyś nawet nie pisła słówkiem na ten temat! Przez twoją głupotę może z nim być bardzo źle! Wiesz co? Nie myślałem, że po utracie pamięci będziesz aż taka głupia. Nie taką Ciebie znałem. - Nie wiem czemu, ale te słowa sprawiają, że płaczę jeszcze bardziej. Po chwili Pablo dodaje: Wyjdź stąd. 
   Robię to. Schodzę na dół po schodach, nie spieszę się. Otwieram drzwi wejściowe i wychodzę na zewnątrz. Od razu czuję zapach przyrody. Zamykam za sobą drzwi i idę na spacer. Muszę sobie wszystko poukładać w głowie.


Moi Kochani!

Przepraszam, że przychodzę z nowym rozdziałem dopiero teraz, ale wiecie - Święta to nie czas odpoczynku, ale odwiedzania rodzin, pomagania w przygotowaniu posiłków itp. Tak czy inaczej, wracamy do normalności, czyli nowych rozdziałów w weekendy :D

Przy okazji chcę Wam życzyć szalonego Sylwestra i wspaniałego każdego dnia nowego roku! ^^ 

Pamiętajcie o komentarzach :*

sobota, 19 grudnia 2015

Rozdział 13.

    Wydaje mi się to paradoksalne. Po raz drugi, gdy tu jestem, słyszę krakanie. To przeraźliwe, niepokojące krakanie.
    Szybko podnoszę się na nogi i zaczynam szukać ptaka.
- Co się stało? - Charlie jest zdziwiona.
- Nic. Chodź, idziemy - odpowiadam zaglądając pomiędzy krzaki i drzewa.
- Czego tak szukasz? - dziewczyna nie daje za wygraną. - Pomóc Ci?
    Odwracam się w jej stronę.
- Nie słyszałaś...? - chciałem zapytać, czy nie słyszała tego ptaka. Może coś mi się przywidziało, lecz w tym samym momencie go ujrzałem.
   Siedzi na gałęzi wysokiego drzewa po drugiej stronie rzeczki. Czarne pióra ma idealnie ułożone i ulizane. Jest zdecydowanie większy od normalnych kruków, a jego oczy błyszczą krwistą czerwienią, co sprawia, że jest jeszcze bardziej przerażający. Nie mam zamiaru czekać, aż nas zaatakuje. Chcę prędko pobiec do domu i się tam schować. Muszę przemyśleć to wszystko i obgadać z Pablo. Wydaje mi się, że istnieje jakieś powiązanie kruka z tą górą, która według Charlie emitowała złą energią.
    Już mam zamiar powiedzieć Charlie, że wracamy do domu, lecz w tym samym momencie przyszła mi do głowy straszna myśl - co jeśli jemu o to chodzi? Co jeśli chce odnaleźć naszą kryjówkę? Co jeśli jest on tym o czym myślę w tej chwili? Jednak z drugiej strony nie trudno byłoby mu nas znaleźć. Przecież nie kryjemy się aż tak. Całe szczęście, że nie jestem tak głupi i zabezpieczyłem najbliższy obszar wokół dworku zaklęciem. Dopóki któryś z jego domowników nie wpuści kruka, ten nie będzie mógł wejść.
    Powinniśmy wrócić do domu. Charlie byłaby bezpieczna, a ja mógłbym w spokoju pomyśleć nad tym co dalej. Tyle że co jeśli dziewczynie zechce się uciec i wyjdzie poza tarczę? Obiecałem jej spacer, więc lepiej, żeby była zadowolona, niż żebym miał jej potem szukać w nocy po lesie. Postanawiam więc improwizować i przejść się z nią gdzieś po lesie. Przy mnie będzie przynajmniej bezpieczna.
- Czego nie słyszałam? - Charlie pyta widząc, że nie dokończyłem.
- Niczego, chodź. Przejdziemy się, co ty na to? -  proponuję i ciągnę ją za rękę, żeby się nie odwróciła i nie zobaczyła ptaka.
   Schodzę po schodach zdecydowanym krokiem, ale nie za szybko, żeby Charlie się znowu nie przewróciła. Głowa mi pęka, nagły ból jest nie do zniesienia. Jesteśmy już na dole, łapę się za głowię. Siostra podchodzi do mnie i łapie za ramię jakby się bała, że się przewrócę. Jest zaniepokojona. - Wszystko w porządku? Dobrze się czujesz?
- Tak - odpowiadam. - Ale chodź już, proszę.
   Lecz ona naciska dalej. Idzie za mną i ciągle zadaje te pytania: "Co się stało?", "Czemu tak szybko stamtąd uciekliśmy?".
   Aż wreszcie ma tego dość i się zatrzymuje.
- Nie ruszę się stąd nawet na krok, jeśli mi tego nie wytłumaczysz! Mam dość tajemnic, powiedz mi wszystko!
   Odwracam się. Mam ochotę jej coś zrobić! Jest nie do wytrzymania! Mimo chęci do przemocy, staram się zapanować nad ciałem. Zaciskam ręce w pięści, żeby opanować ich drżenie. Patrzę na Charlie z nienawiścią. Ale chwileczkę, dlaczego? Przecież jestem przyzwyczajony do jej ciekawości i wścibstwa... Nie no, momencik. Przecież nigdy bym jej nie uderzył! Co się w ogóle ze mną dzieje? Obym nie zaczynał wariować...
   Teraz jestem już spokojny, odchrząkuję, żeby mój głos stał się głośniejszy.
- Charlie, chodź proszę.
   Siostra podchodzi, łapie mnie za rękę i powoli prowadzi w nawet nie wiem jakim kierunku.
   Wraz z jej dotknięciem zachodzi we mnie ogromna zmiana: oddech się uspokaja, ból głowy mija, staję się bardziej opanowany, a po chwili całkowicie wyluzowany. Cała złość ze mnie ulatuje, a nawet nie mam pojęcia jak się we mnie znalazła! Mam tego wszystkiego dosyć, nic już nie rozumiem, chcę wrócić do domu, wypić gorącą herbatę i się położyć. Chce mi się z tego wszystkiego płakać.
    Charlie gdzieś mnie prowadzi. Nie chcę, żebyśmy się zgubili, więc pytam:
- Dokąd idziemy?
- Do domu - odpowiada.
- Znasz drogę?
- Owszem, a teraz się uspokój i patrz pod nogi, bo tu jest krzywo.
    I tak moja siostra, którą to ja miałem się opiekować, zaprowadziła mnie do dworku. Wprowadziła po schodach do mojego pokoju i położyła do łóżka. Zasnąłem w mgnieniu oka.


Mam do Was ogromną prośbę - dodawajcie komentarze!!! Potrzebuję ogromnej motywacji, a to właśnie one dają jej najwięcej. 

Następny rozdział, pojawi się prawdopodobnie dopiero po świętach, ponieważ nie wiem, czy wyrobię się z napisaniem go. 

Tak czy inaczej, Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku już dzisiaj !!!

sobota, 12 grudnia 2015

Rozdział 12.

* oczami Sylviana *

    Jesteśmy już z Charlie na górze. Siadam na pobliskim kamieniu i zatapiam się w głębie swego umysłu (hm, jakże to pięknie brzmi, nie uważacie?).
    Najbardziej zastanawia mnie, skąd ona dowiedziała się o mojej słabości. Czyżby wracała jej pamięć? W królestwie wiedziała o tym, owszem. Może po prostu znowu się domyśliła? W końcu to nadal ta sama osoba co przed czyszczeniem pamięci.
    Kiedy opowiadała mio tych wszystkich opcjach, czułem się jakby po raz drugi zajrzała do mojego umysłu po tę samą informację. Nie wiem skąd to wzięła, ale Charlie to bardzo mądra i inteligentna dziewczyna, więc nie powinno mnie to dziwić. Ba! Mogę się założyć, że jeszcze nie raz mnie zaskoczy. Zawsze w rzeczach intelektualnych była ode mnie lepsza. Mogłaby zostać świetną królową. Heh, no właśnie, mogłaby...
   Przytuliłem ją, gdy szliśmy, bo poczułem, że muszę. Muszę być dla niej dobrym bratem. Nie tylko muszę, ale po części też chcę. Dopiero teraz to poczułem. Kocham ją jak prawdziwą siostrę, a nie tylko przyrodnią. Może i mamy jedynie wspólną matkę, ale mamy teraz też wspólne zadanie, Ja muszę ją chronić, a ona musi się wszystkiego na spokojnie nauczyć. Nauczyć jak wykorzystywać swój dar. Kiedyś się dowie wszystkiego o sobie, więc chciałbym, żeby miała wtedy u mnie wsparcie., żeby nauczyła się nad tym panować i nie wywołała żadnej katastrofy.
    Jak tak teraz na nią patrzę, gdy chodzi po trawie, przygląda się okolicy, bawi się kamykami ze strumyka, przypomina mi się, jak obserwowałem ją zza krzaków, gdy bawiła się przy małym strumyczku kilka lat temu. Wtedy jeszcze nie mieszkałem w zamku - razem z ojcem byliśmy zwykłymi ludźmi z miasteczka. Ojciec służył w Straży, więc był jako tako znany, jako że Strażników nie jest zbyt wielu. Zresztą, mnie też rozpoznawano. Byłem "tym pierwszym dzieckiem królowej Rachel, które nie ma żadnego prawa do tronu, ani do życia w pałacu, bo został spłodzony przed koronacją swojej matki i w ogóle przed małżeństwem swoich rodziców". To prawda. Rachel, teraz królowa Rachel, była kiedyś mieszczanką. Kochała mojego ojca, byli razem szczęśliwi. Lecz pewnego dnia cudowny, wtedy jeszcze książę, Tristan przyjechał do miasteczka i ponoć "spostrzegł Rachel wśród tłumu kobiet witających go" i od razu się w niej zakochał. Tak przynajmniej powiedział oświadczając się jej. Niestety, ale prawo mówiło wyraźnie: "Książę może wziąć sobie za żonę kobietę z wioski/miasta, pod warunkiem, że nie ma ona męża, dzieci i znajduje się w przedziale od dziewiętnastu do dwudziestu pięciu lat". No a że moja matka jeszcze mnie nie urodziła, ani nie wiedziała wtedy nawet, że jest w ciąży, to niestety zaliczała się do tych kobiet. Gdyby mój ojciec jej się oświadczył, sprawa mogłaby wyglądać zupełnie inaczej, lecz był on wtedy bardzo biedny, nie było go stać na pierścionek, a uważał, że matka na niego zasługuje.
     Tak więc po pewnym czasie, gdy wyszło na jaw, że Rachel jest w ciąży innym mężczyzną nie księciem, król Henryk, chcąc pokazać jaki jest dobry dla poddanej, pozwolił jej, z łaski swojej, urodzić to dziecko. Jednak pod warunkiem, że jego wychowaniem zajmie się ojciec. I tak się stało. Harry wychował mnie tak a nie inaczej. Pracował nieraz całe dnie, więc zazwyczaj się nudziłem, ponieważ nauką dzieci zajmowali się rodzice, czasami dalsza rodzina. Kiedy król Henryk zmarł, książę Tristan został koronowany. Miesiąc potem urodziła się Charlie.
    Po raz pierwszy zobaczyłem ją mając dziewięć lat. Ona miała wtedy siedem. Było to nad małą rzeczką, płynącą przy granicy miasta i zamku królewskiego. Była wtedy ubrana w zwiewną, białą sukienkę, miała jeszcze jasne włosy, układające się w burzę loków. Biegała boso po łące i wchodziła do wody.
    To wspomnienie uderzyło we mnie tak nagle. Gdy bawiła się, skakała, a ja patrzyłem oczarowany, nie mogąc odwrócić od niej wzroku. Spodobało mi się jak lekko stąpa po ziemi, jak patrzy na świat i mówi przeróżne rzeczy do ptaków, a one jej ćwierkają do niej. Wtedy nie wiedziałem co to oznacza. Myślałem, że tylko udaje, że z nimi rozmawia... W końcu małe dzieci bawią się w taki sposób. Nagle spojrzała w miejsce, gdzie się ukrywałem. Ujrzała mnie i szybko uciekła do zamku. Ja spanikowałem i także uciekłem. Nie chciałem narobić tacie kłopotów, bo nie wolno nam było się widywać do czasu, gdy Charlie nie będzie pełnoletnia. Wtedy to miała zadecydować, czy chce mnie poznać czy wręcz przeciwnie.
    Pamiętam także jak król Tristan zmarł nagle i królowa Rachel oznajmiła poddanym, że mój ojciec zostanie jej partnerem, ale to ona będzie sprawować władzę. Ja i Harry mieliśmy przenieść się wtedy do zamku i tam zamieszkać. Bardzo się stresowałem całą zaistniałą sytuacją. Po pierwsze, to mogłoby wyglądać tak jakby moja matka zabiła Tristana, którego zresztą nie kochała, żeby być z moim ojcem. Całe szczęście okazało się potem, że umarł on z przyczyn naturalnych.
    Wprowadziłem się do zamku mając zaledwie trzynaście lat. Kiedy ujrzałem Charlie w sięgającej do ziemi jasnozielonej sukni, zaniemówiłem zauroczony jej pięknem. A gdy dotarło do mnie co potem powiedziała, jeszcze bardziej mnie zamurowało.
- To ty chowałeś się w krzakach? - zapytała z chytrym uśmieszkiem tak cicho, abym tylko ja ją usłyszał.
    Uśmiechnąłem się do niej ciepło, bo nie miałem pojęcia, że pamięta tę sytuację. Przez te cztery lata wypiękniała, jej włosy pociemniały, oczy błyszczały jeszcze bardziej, uśmiechała się też szerzej. Była szczęśliwa, że wreszcie mogła poznać swojego przyrodniego brata.
    Kiedy tak o wszystkim rozmawialiśmy na osobności, dowiedziałem się, że nikomu nie powiedziała o naszym pierwszym spotkaniu. Byłem jej za to wdzięczny, bo gdyby to wyszło na jaw, ojciec straciłby pracę, dom, wszystko. Ja prawdopodobnie zostałbym zgilotynowany na miejskim placu. Król Tristan nienawidził mojego ojca, zresztą z wzajemnością. Jeden był wściekły, bo musiał żyć z myślą, że gdzieś tam mieszka dziecko jego żony, które ma z innym facetem, a drugi, bo pewien facet odebrał mu największy skarb swojego życia: osobę, którą kochał nade wszystko, dla której poświęciłby swoje życie i z którą nie mógł nawet porozmawiać przez jedenaście lat. Do momentu przyjazdu na zamek ojciec był wiecznie smutny, rzadko się uśmiechał. Obecność mojej mamy go odmieniła. Stał się szczęśliwym człowiekiem, bo miał przy sobie ukochaną, która nawet na moment o nim nie zapomniała.
    Ze wspomnień budzi mnie głos Charlie:
- Pójdziemy tam kiedyś? - pyta wskazując palcem na górę z ogromnym wodospadem.
    Spoglądam w tamtą stronę. O nie, tylko nie to miejsce. Jeszcze nie teraz, jest za wcześnie, ona nic nie wie.
- Jak będziesz gotowa. - mamroczę cicho. 
- Co? Jak gotowa? - dziewczyna marszczy brwi i patrzy na mnie pytająco. Ja jednak postanawiam tym razem nie dawać za wygraną.
- Czy to jest teraz takie ważne?
   Podchodzę do siostry i zaczynam ją łaskotać. Udaje jej się wyrwać.
- A ta góra obok? Czemu mam nieprzyjemne przeczucia, gdy na nią patrzę?
   Patrzę na górę po prawej i zaczynam się martwić. Nie, nie możesz dać po sobie znać. Otrząsam się ze wszystkich myśli, które zaczęły kiełkować w mojej głowie i znowu łaskoczę Charlie. Tym razem siostra się nie wyrywa.
 - Nie! Błagam! Przestań! - krzyczy i śmieje się. Kładzie się na ziemi i zasłania się rękami i nogami, żebym tylko przestał ją gilgotać. Chcę, by zapomniała o tej górze, co chyba mi się udało. Chcąc odpocząć, zawieramy chwilowy rozejm, kładziemy się obok siebie na miękkiej trawie i patrzymy na chmury.  Mówimy co nam przypominają i wyjątkowo miło spędzamy czas.
    Trwamy w tym błogim stanie przez dłuższy czas. Nagle słyszymy okropne dźwięki, które bardzo przypominają mi krakanie czarnego ptaka...

sobota, 5 grudnia 2015

Rozdział 11.

    To co widzę jest naprawdę wspaniałe. Szum wody jest teraz bardzo głośny. Nawet gdybym coś powiedziała, a Sylvian stałby obok mnie, nic by nie usłyszał. Przede mną znajduje się ogromny, mierzący około dziesięciu metrów, wodospad. Obok niego są zbudowane kamienne schody, którymi można wejść na górę. Promienie słoneczne odbijają się w wodzie, dzięki czemu powstaje wspaniały efekt - barwna tęcza. Spoglądam to na Sylviana, to na wodospad przed sobą. 


* oczami Sylviana * 

    Mina Charlie jest bezcenna, do tego bardzo śmiesznie wygląda kręcąc tak głową. Nie jestem pewny co chce zrobić. Przypomina mi się zdarzenie z czarnym krukiem i powoli zaczyna mnie przepełniać niepokój. Z nim naprawdę było coś nie tak. Wzrok seryjnego mordercy, zabójczo ostre szpony i te idealnie ułożone pióra...
     Jeszcze raz spoglądam na siostrę i myślę o tej specyficznej miłości, którą ją darzę. Zniszczenie dzieciństwa nie było moim marzeniem. 
   Czy można kochać i nienawidzić tą samą osobę? Jak długo można chować urazę za poprzednie lata? Ile można udawać, że wcale nie było tak źle, bo było koszmarnie?
- Wejdziemy do góry? - proponuję dziewczynie, w sumie też jestem ciekawy tego co się tam znajduje. Ona jedynie szybko kiwa głową i ciągnie mnie za rękę, jakby te schody miały zaraz zniknąć, załamać się albo jakbym miał jej kazać wrócić do domu przez zobaczeniem tego spektakularnego miejsca.
   Wchodzimy parę stopni do góry. Nagle Charlie się zatrzymuje i ślizga. Widzę, że zaczyna spadać w stronę wodospadu. Instynktownie wyciągam ręce i ją łapę. Ma mocno zaciśnięte oczka i szczękę. Przyglądam jej się jeszcze przez chwilę mając nadzieję, że ogranie sytuację i zda sobie sprawę, że ją złapałem. Niestety nie dzieje się tak. 
- Ej Charlie? Wiesz, że Cię złapałem i jesteś bezpieczna? 
 Dziewczyna powoli otwiera swoje piękne brązowe oczka. Po dłuższej chwili wpatrywania się w nie, można odczytać jej wszystkie myśli, marzenia i uczucia. 
- Co?! Złapałeś mnie? Nic mi nie jest? - jest troszkę zdziwiona i w szoku, w końcu teraz miałem być dla niej miły i chyba o tym zapomniała. Po za tym nawet jakbym nie miał być miły i tak bym ją złapał. Instynkt. Uśmiecham się do niej delikatnie i dalej wpatruję w oczka, które błyszczą jak te kropelki wody naokoło nas.
- Tak złapałem Cię i jesteś cała i zdrowa, Księżniczko. - po chwili zaczynam żałować słów wypowiedzianych przez siebie.
    Ja głupi! Czemu nazwałem ją księżniczką? Czuję jak zaczynam się rumienić. Ale czemu? W królestwie zawsze ją tak nazywałem i nie sprawiało mi to większego problemu. 
  Podnoszę ją szybko na nogi, nie chcę żeby coś zauważyła i mam nadzieje, że to pomoże mi się pozbyć rumieńców z policzków. 
- Sylvian, czemu się rumienisz...? - Charlie pyta niepewnie.
    No super teraz to już jestem totalnym burakiem. Chcę się pozbyć czerwonego koloru z mojej twarzy, więc spoglądam na nią chłodno, tak jak przed wyjściem na przechadzkę.
- Idziemy dalej czy będziesz teraz zadawać pełno pytań i nigdy nie dojdziemy na górę? - mój głos jest troszkę  bardziej nieprzyjemny niż chciałem. Trudno, może w ten sposób zobaczy, że pytania z jej strony nie są mile widziane, chociaż z drugiej srony... Chyba nie powinienem. 
    Na początku Charlie wydaje się w lekkim szoku. Nic dziwnego, jeszcze kwadrans temu powiedziałem jej, że będę dobry i tak dalej. Dziewczyna robi zawiedzioną minę i rusza przed siebie tym razem ostrożniej i wolniej niż poprzednio. Czuję lekkie poczucie winy, bo ją zawiodłem. Najwyraźniej nie potrafię być dobrym bratem.


* oczami Charlie * 

   Teraz idę przed siebie powoli i ostrożnie, żeby znów się nie przewrócić. Zastanawiam się nad tym co właśnie się stało. Może jego zachowanie wynikało z tego, że przez przypadek nazwał mnie księżniczką? Albo nie lubi się przy kimś rumienić? Eh nie wiem czemu szukam dla niego wytłumaczenia. On po prostu nie lubi mojej osoby i nie lubi spędzać ze mną czasu, a "kocha" mnie i się mną opiekuje, bo chyba nie ma innego wyjścia. 
    Rozmyślam nad tym dopóki nie doczłapuję się na samą górę wodospadu.Co jak co, ale kondycji to ja nie mam. Uda pieką mnie niemiłosiernie i jedyne o czym marzę, to usiąść na czymś miękkim i odpocząć.
    Widok jest teraz jeszcze bardziej zniewalający niż poprzednio. Przed nami rozciągają się korony niższych drzew oraz głęboki, ciemny las. Gdzie nie gdzie latają barwne ptaki. W oddali za lasem widać dwie wielkie góry, a miedzy nimi dość sporą przełęcz. Z jednej z nich, z tej po lewej, spływa kolejny ogromny wodospad. Domyślam się, że stąd tu się wziął ten mniejszy. Tam musi być o wiele wyżej niż tu, dzięki czemu woda spływa w dół, tam tworzy rzekę, a potem znowu spada w dół, tym razem jednak mniejszym strumieniem wody. Prawdopodobnie ta duża rzeka rozdziela się na dwie mniejsze. Ta druga płynie zapewne w kierunku miasta, powoli i spokojnie.
   Jej, chwila. Skąd mi się to wzięło? Chyba wolę nie wiedzieć...
   Spoglądam na brata, który uważnie przygląda się górom. Chyba poczuł mój wzrok, bo odwraca  się, patrzy na mnie chłodno i usiadł na kamieniu nieopodal. Patrzy na płynącą rzekę. Wydaje mi się, że pogrążył się w myślach, więc nie będę mu przeszkadzać. Postanawiam dalej podziwiać okolicę.
    Teraz kieruję swój wzrok na drugą górę, tę po prawej, i czuję straszny dreszcz przechodzący przez moje ciało. Jakby zawiał zimny wiatr. Ta góra ma w sobie coś dziwnego, coś, czego się boję. Nie chcę na nią patrzeć, ani o niej myśleć, chcę zapomnieć o niej i o tym nieprzyjemnym uczuciu jakie sprawia mi samo patrzenie na nią.
    Patrzę jeszcze raz na Sylviana i postanawiam przerwać ciszę towarzyszącą nam już od tak długiego czasu. Gdzieś mam jego rozmyślania o niczym. Ta góra mnie wkurzyła przez to dziwne przeczucie, więc natychmiast muszę się go pozbyć. A pozbędę się go może, kiedy mi powie, co się tam znajduje.
- Pójdziemy tam kiedyś? - wskazuję palcem na górę z ogromnym wodospadem. Sylvian potrząsa głową i zerka na przyjazną górę. 
- Jak będziesz gotowa. - mamrocze cicho. 
- Co? Jak gotowa? -marszczę brwi i patrzę na niego pytająco. Chcę wyczytać coś z jego twarzy, ale jak zawsze mi to nie wychodzi. 
- Czy to jest teraz takie ważne? - pyta robiąc dość uroczą i dziwną minę. Zbliża się mnie mnie i zaczyna mnie gilgotać. Wyrywam się.
- A ta góra obok? Czemu mam nieprzyjemne przeczucia, gdy na nią patrzę?
   W tym momencie Sylvian robi się zmartwiony i spogląda na miejsce, o którym mówię. Mam nadzieję, że powie mi cokolwiek, ale on jak na złość się szybko otrząsa i znowu mnie gilgocze. Postanawiam dać mu na razie spokój, jakoś zmuszę go do gadania. Jeszcze tylko nie wiem jak.
 - Nie! Błagam! Przestań! - krzyczę i śmieję się jak nigdy, kładę się na ziemi i zasłaniam się rękami i nogami, żeby tylko przestał mnie gilgotać. 
   Po chwili męczarni oboje leżymy na trawie i wpatrujemy się w niebo wyczekując pojedynczych chmurek. Mówimy co nam przypominają i wyjątkowo miło spędzamy czas. 
   Miłe chwile przerywają nam niestety okropne dźwięki, wydawane przez czarnego kruka...