niedziela, 22 listopada 2015

Rozdział 10.

* oczami Charlie*

    Kiedy Sylvian złapał mnie na próbie otwarcia drzwi, bardzo się go wystraszyłam. Nie chcę go denerwować, ale czy to coś złego podejść do drzwi? Według mnie nie. On sam chyba się wystraszył swojego wybuchu, bo przed naszym pójściem na śniadanie zaproponował mi spacer. Mam nadzieję, że chociaż wtedy będziemy mogli normalnie porozmawiać i że wreszcie się czegoś dowiem.
    Po zjedzeniu tostów z serem żółtym i wypiciu czarnej herbaty z dodatkiem cytryny i miodu, dziękujemy Pablo i wychodzimy. Przez całe śniadanie zastanawiałam się, czy nasz kucharz będzie na mnie zły za wczoraj, ale chyba się nie gniewał, a nawet jeśli, to nie dał po sobie znać. Uśmiechał się uprzejmie do nas obojga, więc wydawało mi się, że wszystko jest ok. Zupełnie jakby nie pamiętał o wczorajszym wypadku.
    Pomimo wczesnej pory, a jest za pięć dziesiąta, na dworze jest już bardzo duszno. Na niebie żadnej chmurki, a słońce niemiłosiernie grzeje. Zastanawiam się, czy mojemu przyrodniemu bratu nie jest za gorąco, ponieważ jest cały ubrany na czarno, ale chyba mu to nie przeszkadza.
   Sylvian rusza przodem w stronę lasku. Wsłuchuję się w przyrodę i znów słyszę szum wody. Nie wiem skąd, ale jestem pewna, że mój przyrodni brat właśnie w tamtą stronę zmierza. W stronę szumu. Nie chcąc zostawać w tyle i żeby myślał, iż nie mam ochoty na spacer, szybko go doganiam.
- Gdzie idziemy? - pytam, mając nadzieję, że moje podejrzenia okażą się słuszne.
    Sylvian spogląda na mnie, a jego błękitne oczy są nie do zrozumienia. Trochę jakby chciał mi powiedzieć, że nie chce iść na spacer, trochę jakby (znowu) patrzył na mnie z nienawiścią. Widzę jednak tam też ciekawość. Tylko z jakiego powodu?
   Nie uzyskałam odpowiedzi na pytanie, więc dalej próbuję nawiązać rozmowę:
- Jeśli nie masz ochoty iść na spacer, to możemy pójść później albo kiedy indziej, a teraz zwyczajnie wrócimy do domu  i zajmiemy się sami sobą.
   Mój plan powoli zadziałał - Sylvian przystaje i patrzy na mnie. Jest niezdecydowany. Normalnie widzę te znaki zapytania różnych rozmiarów i kolorów nad jego głową. W końcu jego twarz się odpręża.
- Chodźmy dalej - mówi  rusza przed siebie.
   Idę za nim z szerokim uśmiechem tak dobre kilkadziesiąt metrów - Sylvian z przodu, ja za nim z bananem na twarzy. Czuję, że nie mogę już dłużej wytrzymać, zginam się w pół i ryczę ze śmiechu. Mój brat przystaje i patrząc na mnie, czeka aż się uspokoję. Trwa to dobre kilka minut, bo co na niego spoglądam, znowu wybucham śmiechem. Gdy wreszcie przestaję się śmiać, podchodzę do niego.
- Co ci się stało do cholery? - pyta zirytowany.
- Nic, tylko jesteś bardzo przewidywalny - odpowiadam.
    Ten unosi brwi w niedowierzaniu.
- Że co proszę?
   Uśmiecham się szeroko. Ha! a myślał, że jest taki mądry i przebiegły. A jednak - przechytrzyłam go.
   Chwytam brata pod ramię i powoli idę przed siebie. O dziwo, nie ma nic przeciwko temu i daje się prowadzić.
- Miałeś do wyboru dwie opcje - tłumaczę mu. - Pierwsza: pozwolić mi postawić na swoim i wrócić do domku. Ta opcja bardzo by ci odpowiadała, ponieważ nie masz najmniejszej ochoty na spacer ze mną i ja to widzę. Decydując się na powrót miałbyś mnie z głowy i mógłbyś się zająć sobą. Jednak wybrałeś drugą opcję, która jest mniej atrakcyjna, bo musisz robić coś, czego nie chcesz. Ale wybrałeś ją, ponieważ dzięki temu postawiłeś na swoim. Jesteś typem osoby, która zawsze zrobi coś po swojemu, więc bardzo łatwo był cię podejść, proponując ci opcję, która jest mniej atrakcyjna dla mnie, przez co ty wybrałeś tą, która mnie ucieszyła. Lubię spacerować. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo czuję to jak moje ciało chce skakać z radości. Dlatego cię podpuściłam. Nie wiem, czy cokolwiek zrozumiałeś... Wiem, chaotycznie tłumaczę.
   Po skończonym wywodzie patrzę na przyrodniego brata. Jego błękitne oczy zrobiły się nagle szare. Ale one są piękne, myślę, ale na szczęście szybko się z tego otrząsam. Przecież to mój przyrodni brat! Lecz to prawda, są prześliczne. Takie inne.
- Mówię ci to tylko po to, żebyś się nie dał tak więcej oszukać - dopowiadam, po czym następuje coś mega dziwnego. Sylvian mnie przytula! Nie mam bladego pojęcia co mu odbiło. Najpierw jest dla mnie wredny, potem miły i mnie przytula.
    Mimo wszystko odwzajemniam ten uścisk. Kocham go pomimo, że jest tylko moim przyrodnim bratem, że mnie czasami tak podle traktuje, że na mnie naskakuje. Kocham go  i czuję, że zawsze tak było. Kocham go jak prawdziwego brata.
   Nagle czuję delikatny dotyk jego ust na czole. Uśmiecham się i lekko od niego odsuwam.
- Czy ty dałeś mi właśnie buziaka w czoło? - pytam.
- Owszem - odpowiada nieśmiało kiwając głową.
- Czyli - zaczynam niepewnie - to oznacza, że między nami jest jak na razie dobrze, że postarasz się być dla mnie milszy oraz, że będziesz dla mnie prawdziwym bratem.
   Wzdycha teatralnie, jakbym oczekiwała nie wiadomo czego.
- Tak. Tym razem muszę się z tobą zgodzić.
   Mocno go tulę i nie zamierzam zbyt szybko puszczać. Wreszcie jest dla mnie jak brat.
- Ale tylko ten jeden raz. Nie przyzwyczajaj się -  szepcze mi do ucha.
   Śmieję się.
- Udam, że tego nie słyszałam.
   Minuty mijają, a my nadal stoimy przytuleni . Czuję między nami dziwną, ale miłą więź. Zupełnie jakbyśmy wreszcie znaleźli wspólny język i dojście do porozumienia.
   Jestem niższa od niego o głowę, przez co czuję jak nade mną góruje. Coś jakby chciał mnie obronić przed całym złem tego świata. Nie przeszkadza mi to. Jestem mu wdzięczna za to, co dla mnie zrobił: prawdopodobnie nielegalnie wprowadził nas do tego dworku, powinien wysłać mnie do domu dziecka, ale tego nie zrobił. I mimo, że tak często na mnie krzyczał, ciągle miał o coś problem, to kochał mnie.
- Chodźmy dalej, co? - Sylvian przerywa moje jakże mądre i poważne rozmyślania.
   Otwieram oczy i zerkam na niego, ale obraz jest zamazany.
- Ej, czemu płaczesz? - pyta zdziwiony i ociera łzy z mojego policzka.
    Wzruszam ramionami.
- Po prostu wreszcie czuję, że nie traktujesz mnie jak jakiś ciężar, trudność, przeszkodę, której trzeba się pozbyć.
   Gdy tak na niego patrzę, czuję jak po moich policzkach spływa jeszcze więcej słonych łez. Spływają jedna po drugiej.
- Nie jesteś dla mnie ciężarem -  mówi z ciepłym uśmiechem Sylvian.
  Ja również się uśmiecham i jeszcze raz przytulam brata.
- Nie płacz już i chodź. Jesteśmy nie daleko.
   Sylvian bierze mnie pod rękę i prowadzi dalej.
    Po piętnastu minutach, gdy docieramy na miejsce, nie mogę uwierzyć własnym oczom.

2 komentarze:

  1. Jaki fajny wpis! :) Będę tu na pewno wpadać <3

    OdpowiedzUsuń
  2. jestem pod wrażeniem! naprawdę bardzo ciekawy rozdział :)

    OdpowiedzUsuń