niedziela, 27 września 2015

Rozdział 8.

* oczami Charlie * 
   Bardzo miło z jego strony, że powiedział mi dobranoc. Chociaż na tyle było go stać, po naszej jakże długiej konwersacji w której mnie totalnie zjechał. Nie dopytywałam się o nic, bo to bolało. On jest naprawę okropny. Staram się wrócić do normalnego życia po tym głupim wypadku, a on mi w tym nie pomaga. Chciałabym mieć teraz przyjaciółkę do której mogłabym pójść albo chociaż zadzwonić i się wygadać jak bardzo źle się czuje, ale nawet tego nie mogę zrobić. 
   Spoglądam na resztki jedzenia leżące na moim talerzu. Odechciało mi się jeść. Wstaję od stołu i zastanawiam się, czy powinnam zostawić talerz jak Sylvian, czy może zanieść go do kuchni i podziękować Pablo za pyszną kolacje? 
   Ta druga opcja wydaje się lepsza. Biorę więc swój talerz i pusty kubek. Powolnymi i ociężałymi krokami zmierza, do drzwi kuchennych. Otwieram je łokciem. W kuchni jest dziwnie ciemno. Po omacku trafiam na blat i zostawiam tam brudne naczynia. Rozglądam się uważnie po ciemnościach i widzę blade światełko w rogu pomieszczenia. Jest to dosłownie malutka kropeczka. Zaczynam iść w jej stronę. Nagle światełko poruszyło się niespokojnie i znikło, a ja usłyszałam cichy szept. Bardzo mnie to dziwi, więc oczywiście przyspieszam, żeby dowiedzieć się co to było. Zbliżając się do miejsca w którym powinno znajdować się źródło światełka, wystawiam ręce przed siebie i dotykam jakiejś osoby. Krzyk i szybko odwracam się do ucieczki. Niestety, musiałam nadziać się udem na róg blatu, przez co się przewróciłam i wylądowałam na ziemi. Nagle w kuchni zapala się światło. Przymrużam oczy, muszę się przyzwyczaić to tej jasności. Mrugam parę razy i widzę przed sobą kucharza z czymś w ręce. Nachyla się nade mną.
- Nic ci nie jest? - pyta z troską.
    Powoli kręcę przecząco głową, cały czas przyglądając się temu czemuś w jego ręce. Jest to idealnie prosty patyk, długości mniej więcej dwudziestu centymetrów, wykonany z jasnego drewna. Nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że pasuje do niego, że to normalne trzymać patyk. Zupełnie jakbym coś sobie przypominała ze swojego dawnego życia. Nie był to wyraźny obraz w mojej głowie, ale zwykła myśl, że znam tego człowieka i to bardzo dobrze...
    Otrząsam się  z tych rozmyśleń i spoglądam na Pablo.
    Widać, że się zmartwił moim 'małym wypadkiem'. Muszę przyznać, że nieźle sobie przywaliłam i na pewno będzie po tym duży siniak, ale nie chcę na to teraz zwracać uwagi.
    Uśmiecham się.
- Nie, jestem cała.
   Przechylam delikatnie głowę na lewą stronę i wskazuję palcem kijek, który trzyma w ręce.
- Po co to panu?
      Na jego twarz wkrada się zakłopotanie. Przechylam troszkę bardziej głowę i czekam na odpowiedź. Zaczynam się zastanawiać czy to może ten kijek był źródłem kropeczki światła, którą widziałam, ale to było nie możliwe. Patyki przecież nie świecą.
    Jednak coś, jakaś część mnie mówiła: To prawda, on świecił, widziałam!. Postanawiam jednak ją olać.
- Po nic, znalazłem w kuchni na podłodze i właśnie miałem zamiar wyrzucić.
    Uśmiecha się blado, ale ja mu nie wierzę. Wyczuwam jego słabość. Nie umie kłamać, przynajmniej to kłamstwo mu nie wyszło. Przestaję przechylać głowę i zwijać się z bólu. Mam zamiar niewinnie zaatakować go pytaniami.
- A skąd się wzięło to małe światełko które przed chwilą tu widziałam? I czemu światła są zgaszone? A reszta pomocy kuchennej? Rozumiem, że mieszkam tu sama z Sylvianem, ale chyba ktoś jeszcze musi być, tak?
   Moje spojrzenie przewierca go na wylot. Zaczyna się bardzo stresować. Po jego nerwowych ruchach i zakłopotaniu w jakie go wprawiłam, jestem pewna, że nie umie kłamać i szybko się denerwuje. Zupełnie inaczej niż Sylvian...
- Nie mam pojęcia jakie o jakie światełko ci chodzi, ja nic nie widziałem. Światła są zgaszone, bo właśnie miałem zamiar wychodzić z kuchni. Nie ma pomocy kuchennej, ponieważ wspaniale radzę sobie sam.
   Na koniec swojej wypowiedzi uśmiecha się szeroko, chyba myśli, że mnie oszukał, ale nie ma tak łatwo. Wpadam na genialny pomysł.
- Jeśli nie jest panu potrzebny ten kijaszek, to mogę go sobie wziąć?
   W tym momencie jego twarz robi się czerwona jak buraczki, jego wzrok błądzi po pomieszczeniu. Pewnie szuka sensownej wymówki, żebym chociaż tym razem uwierzyła. Nie wiem czemu, ale bardzo zależy mi, aby go zdobyć, a im bardziej Pablo się upiera i kłamie, tym bardziej chcę go mieć.
    Jeśli go zdobędziesz, poznasz prawdę o sobie, przypomnisz sobie wszystko! - po raz kolejny słyszę ten głos i po raz kolejny go olewam. Pewnie przy upadku uderzyłam się w głowę, myślę.
   Czekając na odpowiedź zaczynam zwracać uwagę na szczegóły. Pablo jest wysoki i bardzo szczupły jak na kucharza. Proste blond włosy opadają na jego twarz przysłaniając niebieskie oczy. Muszę przyznać, że jego kości policzkowe są seksowne i to nawet bardzo. Zaczynam się zastanawiać jaki jest. Jakie ma zainteresowania, czy faktycznie jest tak dobrym kucharzem (bo w końcu co to jest ugotować trzy jajka i wyciągnąć ser i szynkę z lodówki). Zastanawiałam się też, ile ma lat. Nie wygląda na wiele starszego ode mnie...
    Z zamyślenia wyrwał mnie jego głos.
- Ja muszę przeprosić, późno już jest. Dobranoc.
   Zanim zdążam cokolwiek powiedzieć, kucharza już nie ma w kuchni. Super, zmarnowałam taką okazje na dowiedzenie się czegoś, wkurzam się na samą siebie. Następnym razem będę musiała bardziej skupić się na rozmowie. Odwracam się do wyjścia i zauważam naczynia, które tu przyniosłam. Zapomniałam mu podziękować za kolacje. Zrobiło mi się troszkę głupio, bo w sumie tylko to miałam zrobić. Wzdycham i kieruję się w stronę drzwi. Wychodzę z kuchni, później z dużej jadalni, wchodzę po schodach na górę i wreszcie otwieram drzwi do pokoju. Biorę pierwszą lepszą piżamę i idę się przebrać, umyć zęby i spać. Jestem wykończona. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz