sobota, 30 maja 2015

Rozdział 5.

* oczami Sylviana*

       Wybiegam z pokoju, nie zwracając uwagi na jej zdziwioną minę. Nie chodzi mi nawet o jej bezpieczeństwo, a o plan, który zaraz może pierun grzmotnąć jak na czas nie dobiegnę do furtki. Nie myślę o przyrodniej siostrze, nie na niej mi zależy, a na ojcu, którego zawiodę. Matka nie wybaczy mi jak cokolwiek jej się stanie, ale zdaję sobie z tego sprawę.
   Biegnę ścieżką, którą szliśmy wcześniej z Charlie. Słyszę głos mężczyzny.
- Och, skarbie już nie pamiętam, który to kluczyk.
    Dobrze, że zmieniłem zamek, myślę, bo mogło być za późno. Skręcam w boczną alejkę, żeby mnie nie zobaczył. W biegu wyciągam różdżkę zza paska. Nie jest to łatwe, bo te spodnie nie są przystosowane do jej noszenia.
    Zwalniam kroku i kucam za jakimś krzakiem, zza którego mam dobry widok na bramkę. Widzę faceta w średnim wieku, w białym graniaku i czarnych ray ban'ach. Podchodzi do niego wysoka blondynka w krótkiej (bardzo, ale to bardzo krótkiej), obcisłej (bardzo, ale to bardzo obcisłej), czerwonej sukience. Całuje go.
    Podnoszę różdżkę i szepczę do niej "Alindo". Jej koniec zaczyna świecić delikatnym różem. Przykładam go do ust i mówię:
- Kotku, nie przejmuj się tym. Jedźmy do hotelu.
   W tym samym momencie, gdy to mówię, mój głos nie wydobywa się z mojego gardła. Jest zmieniony, brzmi tak samo jak tej kobiety i wydobywa się z jej ust.
    Mężczyzna odkleja się od kobiety, podchodzi do samochodu i otwiera jej drzwi. Ona wsiada na siedzenie obok kierowcy, a on zamyka za nią drzwi. Sam obchodzi samochód i wsiada za kierownicę. Odjeżdżają.
    Odliczam do trzydziestu i dmucham w różdżkę, tak jakbym chciał zdmuchnąć świeczkę. Zaklęcie przestaje działać. Wstaję i przez chwilę się chwieję, bo nogi mi ścierpły od kucania.
    Zboczeniec, myślę, trzy dni temu był tu z inną. Poza tym, jak tak dalej pójdzie, to będę musiał mu wyczyścić pamięć i zapomni o tym miejscu. Nie chciałbym, żeby Charlie się na niego natknęła, bo zaczną się pytania.
    Podchodzę do bramy.
- Felix - snob jasnoniebieskiego światła leci na kłódkę. Gotowe. Zaklęcie odnowione.
    Odwracam się i idę w stronę dworku, ale postanawiam nie wracać tam jeszcze. Niech Charlie robi sobie co tam chce, byleby tylko nie chodziła do lasu. Co prawda to teren naszego domu, ale wolałbym nie szukać jej w nocy między drzewami. Czasami się to zdarzało w naszym prawdziwym domu, ale trzeba przyznać, że z oddziałem gwardzistów byłoby o wiele łatwiej niż samemu. W końcu "Co dwie różdżki, to nie jedna".
    Idę ścieżką prowadzącą, do willi, mijam ją i kieruję się w stronę lasu. Po piętnastu minutach dochodzę do celu - małego wodospadu, mierzącego około dziesięć metrów wysokości. Obok znajdują się schody z kamienia, po których można wejść na górę kaskady. Prawdopodobnie zbudował  je dawny właściciel, ponieważ w jego pamiętnikach znalazłem krótką wzmiankę o "miejscu, w którym dzieci uwielbiają się kąpać urządzać pikniki". Jestem prawie pewny, że chodziło o to miejsce.
    Chciałbym zobaczyć co znajduje się na górze, tak więc postanawiam tam wejść. Mój plan psuje jednak czarny kruk., który ni z tego, ni z owego nagle ląduje kilka stopni wyżej ode mnie. Niby niewinnie siedzi i patrzy na mnie. Ze zdenerwowaniem spoglądam na zegarek. Nie pika, nie wibruje i nie świeci, czyli wszystko jest w jak najlepszym porządku. Jednak pomimo tego, ogarnia mnie niepokój. Skądś, nie wiem skąd, kojarzę tego ptaka. Z drugiej strony jest to niemożliwe, bo przecież nie różni się on niczym od innych ptaków, które mijaliśmy z Charlie pod drodze do posiadłości. Poza tym, wtedy nie ogarniało mnie takie uczucie. Chyba zaczynam wariować, myślę i kieruję się z powrotem do domu. Zbiegam po krzywych schodkach i prawie z nich spadam, cały czas myśląc o ptaku. Wykąpię się i poudaję kochanego brata. Może wtedy się ogarnę.
    Wracam starając się już nie myśleć o kruku. Nie oglądam się również za siebie, więc nie mogę wiedzieć, że jego oczy zalśniły czerwienią, a sam ptak odleciał w przeciwnym kierunku, łopocząc przy tym skrzydłami i wydając donośne krzyki. jakby kogoś wołał...

 Wchodzę do pokoju Charlie bez pukania, rozglądam się po małym pomieszczeniu szukając jej. Lekko spanikowany, że może wyszła z domu podchodzę do drzwi łazienki. Przystawiam do nich ucho. Nic nie słyszę, ale dla pewności zapukam może jednak tam siedzi.
- Żyjesz?
W tym samym momencie słyszę ruszającą się wodę w wannie. Po jakiś dwóch minutach w drzwiach staje moja przyrodnia siostra owinięta ręcznikiem.
- Tak, coś się stało? - na jej twarzy pojawia się ta ciekawość. Ta cholerna ciekawość, nie wiem po kim ona to odziedziczyła, ale zaczyna mnie to irytować. Biorę głęboki oddech i staram się odpowiedzieć nie okazując przy tym żadnych uczuć.
- Nie, przyjdę po Ciebie za 30 minut. Zjemy razem kolacje. - patrzę na jej twarz oczekując szybkiej odpowiedzi. Najlepiej bez zbędnych pytań, bo nie mam zamiaru spędzić tutaj tych 30 minut.
 Ona na szczęście tylko się uśmiechnęła i pokiwała głową, że się zgadza. Uznałem, że nie ma konieczności kontynuowania tej rozmowy więc odwróciłem się i wyszedłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz