poniedziałek, 16 marca 2015

Rozdział 3.

    Wchodzimy do domu. Gdy widzę wnętrze, z wrażenia nie mogę nic powiedzieć, ani się ruszyć. Nie spodziewałam się czegoś tak pięknego. Owszem, na zewnątrz wszystko wygląda super, ale w środku jest jeszcze lepiej!
    Pomieszczenie w którym się znajdujemy jest tak duże, jak połowa boiska, które mijaliśmy po drodze. Wysokie na dwa piętra i pomalowane na biało sprawia wrażenie eleganckiego, a co się za tym wiąże - od razu skojarzyło mi się z kimś bogatym, ale z kim? Nikogo takiego chyba nie znaliśmy. Czemu akurat jesteśmy w takim "pałacu", a nie zwykłym domku?...
    Po środku znajdują się schody z marmuru, prowadzące na drugie piętro. Ich balustrady są pięknie ozdobione. Z sufitu zwisa ogromny żyrandol, z chyba setką żarówek, wygląda na szklany. Byle podmuch wiatru może go strącić i rozbić na miliony drobnych kawałków. Na prawo od schodów widzę ogromną kanapę, dwa fotele i stolik. Przy ścianie znajduje się kominek. Na lewo widzę przejście prawdopodobnie do kuchni, ponieważ czuję stamtąd przyjemny zapach domowego jedzenia.
    Zerkam na Sylviana. Ten klęczy przed kominkiem i próbuje rozpalić w nim ogień.
- Co to za miejsce? - pytam idąc powoli w jego stronę.
- Dworek jakiegoś bogatego faceta. Przyjeżdża tu tylko na wakacje, ale w tym roku wyjechał wcześniej - odpowiedział nawet nie odwracając się do mnie, cały czas grzebiąc w kominku.
- Tooo... dlaczego przyszliśmy tu, zamiast iść do mieszkania w którym mieliśmy mieszkać z rodzicami? Przecież mówiłeś, że to w centrum miasta...
- Dlatego, żeby nie być wysłanym do Domu Dziecka - przerwał mi brat i spojrzał na mnie drwiąco. - No, przynajmniej, żeby Ciebie tam nie wysłali - powiedział z drwiącym uśmieszkiem i odwrócił się do kominka, w którym teraz palił się ogień. Nie znosi mnie. To jest pewne. Ale dlaczego? Nic mu nie zrobiłam.
- Czemu tak na mnie warczysz? - zapytałam czując narastającą gulę w gardle i coraz szybciej mrugając powiekami. - Co ja Ci takiego zrobiłam, że aż tak mnie nienawidzisz?! - wykrzykuję, gdy Sylvian wstaje i robi kilka kroków w moją stronę. Zaczynam się bać... - Wiesz co? Może lepiej, żeby mnie wysłali do tego Domu Dziecka. Przynajmniej nie musiałabym słuchać Twoich rozkazów! - krzyczę przypominając sobie nagle jego słowa, które wypowiedział tuż przed naszym wejściem do domu. "Ale nie wolno Ci tam chodzić" - chodziło oczywiście o rzekę. Mam zamiar wyjść z domu i się przejść, żeby ochłonąć, ale gdy tylko się odwracam, Sylvian łapie mnie za rękę.
- Nigdzie nie pójdziesz - znów warczy. - Uwierz mi, najchętniej bym się Ciebie pozbył, gdyby nie fakt, że obiecałem twojej matce, że się Tobą zajmę.
- Kłamiesz! A niby jak miałeś jej coś obiecać, skoro zginęła na miejscu! - krzyczę coraz bardziej zdenerwowana. O czym on mówi? Jaka do cholery obietnica?! Nie mógł złożyć żadnej obietnicy.
   Wyrywam się z uścisku i biegnę do drzwi, ale te za cholerę nie chcą się otworzyć. Były zamnkięte. Odwracam się, aby poszukać innego wyjścia, ale Sylvian łapie mnie mocno za nadgarstki i przyciska do drzwi. Nie wyrywam się, bo się go boję. Był przerażający. Miejsce, w którym mnie trzyma zaczyna boleć tak bardzo, że z trudem powstrzymuję się od płaczu. Tylko nie becz, myślę, tylko nie becz. Zamykam oczy, aby się uspokoić, ale to nic nie daje. Czuję, że po policzkach spływają mi łzy, więc otwieram oczy i już nie powstrzymuję łez. Teraz powstał z nich wodospad. Czuję się słaba i pokonana. Jakby ktoś starszy zabrał mi lizaka i go sobie zjadł.
     Podnoszę głowę, by spojrzeć na Sylviana. W jego błękitnych oczach dostrzegam błysk. Jego mina nie wyraża już takiej nienawiści jak przed chwilą. Teraz jakby naprawdę zrobiło mu się żal mnie. Uścisk na nadgarstkach powoli maleje, ale brata nadal mnie za nie delikatnie trzyma. No, to mam na Ciebie haka - wystarczy, że się rozpłaczę i już będziesz milszy. Może w taki sposób zdobędę jego szacunek, jeśli to w ogóle jest realne.
- Przepraszam - mamrocze, gdy spuszczam głowę by odetchnąć. - Nie powinienem były tak na Ciebie wrzeszczeć - mówi ochrypłym głosem, więc odchrząkuje. - Przepraszam - powtarza i puszcza moje nadgarstki, ale nie odsuwa się.
     Podnoszę głowę. Sylvian patrzy na mnie z góry, bo jest ode mnie wyższy, ale zdecydowanie inaczej niż przedtem. Teraz na jego twarzy wyraźnie maluje się troska, czułość i ból, prawdopodobnie z powodu naszej kłótni. Teraz czuję się przez niego kochana. Otacza mnie swoją opieką. Moje poczucie winy znika.
      Lekko się uśmiecham, ale on nie odwzajemnia tego. Nadal patrzy na mnie ze skruchą. Biorę wdech i mówię patrząc mu prosto w oczy :
- Nic nie szkodzi. No może trochę, ale ja też nie powinnam tak na Ciebie krzyczeć. Po prostu nie rozumiem, dlaczego tak mnie nie znosisz... - po policzku spłynęła mi kolejna łza. Sylvian ociera ją opuszkiem palca.
     Patrzy mi prosto w oczy, a po chwili robi coś, czego jeszcze parę minut temu bym się nie spodziewała - przytula mnie.
     Odwzajemniam ten gest mając nadzieję, że to koniec kłótni. Przynajmniej na jakiś czas. Było mi bardzo miło na serduszku. Chciałabym, żeby tak już zostało. Bezpieczna z bratem w jakimś wielkim domu. Teraz wiem, że te wszystkie krzyki i kłótnie były spowodowane jego troską. Na prawdę nie chciał, żebym była w tym Domu Dziecka. Ulżyło mi.
     Sylvian odsunął się, widzę, że ma lekko zaszklone oczy.
- Chodź pokaże ci twój pokój - mówi opanowanym głosem. Niestety nie można powiedzieć tego o oczach, które były bardzo szkliste.

wtorek, 10 marca 2015

Rozdział 2.

   - Zrobimy jeszcze kilka badań i będziesz mogła wracać do domu - usłyszałam kilka godzin temu. Nadal leżę na łóżku, w tej samej sali. Sylvian wyszedł gdzieś jakiś czas temu. Przez ten czas przypomniało mi się, jak nazywa się woreczek z dziwnym płynem. To kroplówka. Nie przepadam za kroplówkami. Czuję jak płyn wlatuje do moich żył i rozchodzi się po moim ciele. Nadal jednak nie mogę sobie przypomnieć jak nazywa się to urządzenie z dziwnymi kreskami. Muszę zapytać o to doktora, jak przyjdzie do mnie następnym razem, pomyślałam.
    Sylvian opowiedział mi (zanim wyszedł) co się stało. Nasi rodzice i ja mieliśmy wypadek. Przeżyłam tylko ja. Mojego przyrodniego brata nie było w samochodzie - czekał na nas w nowym mieszkaniu. Kiedy powiedziałam mu o zamazanej twarzy, którą widziałam, ten uznał, że pewnie zobaczyłam ratownika medycznego przed tym jak straciłam przytomność. Miałam przeczucie, że się mylił. Ta twarz była taka znajoma!
   Zastanawiam się również co spowodowało wypadek. Sylvian powiedział mi, że prawdopodobnie jakieś zwierzę wyskoczyło nam na drogę, gdy jechaliśmy przez las na obrzeżach miasta. Jakoś nie bardzo chce mi się w to wierzyć, bo powiedział mi to z taką łatwością, jakby opowiadał o otwarciu jakiegoś nowego sklepu w centrum handlowym. Cała ta sytuacja jest przerażająca, a on mówi to z taką łatwością! Trudno mi w to uwierzyć.
    Od kilku godzin leżę i gapię się w sufit, co zaczyna mi się nudzić. No bo ile można?!
    Z zamyślenia wyrywa mnie głos lekarza, doktora Franka :
- Zabierzemy Cie teraz na ostatnie badania i jeśli wyniki wyjdą poprawnie, będziesz mogła wrócić do domu - mówi podchodząc do mojego łóżka.
- Gdziekolwiek on jest - mruczę pod nosem przypominając sobie, że nie zapytałam Sylviana gdzie jesteśmy.
    Zamykam oczy i podczas badania staram się nie myśleć o tej jednej sprawie, która od jakiegoś czasu nie daje mi spokoju. Skoro rodzice Sylviana, jak i moi, zginęli w wypadku, to znaczy, że nie mam opiekunów prawnych, a to znaczy, że zostanę wysłana do domu dziecka. Nie no super. Nie dość, że straciłam najważniejsze osoby w moim życiu to pewnie potraktują mnie jak zwierzę. Jak dobrze, że Sylvian jest przy mnie, myślę
   Po badaniu ląduję z powrotem w swojej sali. Pielęgniarka wyszła, więc znowu jestem sama. I sama nudziłam się, leżąc i czekając na wyniki.
   Po pewnym czasie, gdy sufit znudził mi się na tyle by wyjść do łazienki, słyszę odgłos otwieranych drzwi. Mając nadzieję, że to mój przyrodni brat, czuję ukłucie zawodu - to pielęgniarka wróciła.
- Dokąd się wybierasz?  - pyta.
- Do ubikacji - odpowiadam jak najbardziej szczerze. - Spokojnie, trafię sama - dodaję widząc, że ma zamiar pójść ze mną.
    Nie mam ochoty na niczyje towarzystwo. No może Sylviana, który wydawał się bardzo miły, ale nigdzie nie mogę go znaleźć. Może poszedł załatwiać jakieś sprawy związane z domem dziecka albo pogrzebem.
   Wchodzę do damskiej toalety i podchodzę do lustra. Dostrzegam to samo odbicie, które widziałam kilka godzin temu: ciemne, brązowe włosy ułożone w splątane loki opadają mi wzdłuż ciała i sięgają połowy pleców; oczy tego samego koloru, ale znacznie jaśniejsze, wydają się zmęczone i jakby pozbawione blasku. Mam na sobie jakieś długie, granatowe spodnie i kremową koszulkę z krótkim rękawem. Na nogach trampki.
   Po załatwieniu swojej potrzeby wracam do sali. Siedzi w niej Sylvian, wyraźnie zaniepokojony moją nieobecnością. Kiedy wchodzę do pomieszczenia, podnosi się z krzesła, rzuca mi za dużą bluzę i mówi:
- Ubieraj się, idziemy. Tylko szybko - po czym mija mnie i wychodzi szczelnie zamykając za sobą drzwi.
   Przez chwilę stoję jak otępiała, ale po chwili TO do mnie dociera. TO, jaki był oschły, wrogo nastawiony i w ogóle zupełnie inny niż przedtem. A może on się wcale mną nie przejmuje? Jest przecież pełnoletni, może żyć bez rodziców, a mnie zostawić w domu dziecka i mieć gdzieś. Ale z drugiej strony to mój brat... Może i przyrodni, ale w końcu brat. Co nie?...
  Myśli latają wokół mnie jak szalone. Zaczyna mnie przez to boleć głowa. Łapię się za skronie, zapominając o trzymanej w rękach bluzie, która upada na podłogę. W tym momencie drzwi sali otwierają się po raz kolejny. Odwracam się i widzę w nich złego Sylviana. Przestraszyłam się go.
- Idziesz czy wolisz tu zostać? - warczy na mnie po czym zamyka drzwi i odchodzi.
   Dobra, czas iść, bo serio mnie tu zostawi, myślę schylając się po bluzę. A o to chamskie zachowanie mogę wypytać go później. Może coś poszło nie tak z innymi sprawami i to jest przelotne.
  Wychodzę z pomieszczenia ostatni raz rzucając okiem na łóżko. No, myślę, to by było na tyle. Ubieram bluzę i od razu podwijam rękawy, które są stanowczo za długie.

*   *   *

     Idziemy przez jakiś park. Ledwo nadążam za Sylvianem, bo co chwilę mijają nas ludzie z psami, które biegają, skaczą i chcą się ze mną bawić. Mógłby zwolnić i zacząć zwracać na mnie uwagę.
- Nie oglądaj się tak, bo to dziwnie wygląda - brat rzuca do mnie przez ramię, gdy chwilę temu zagapiłam się na jakiegoś starszego pana jadącego na czymś, co widziałam pierwszy raz w życiu: dwóch kółkach połączonych ze sobą rurkami. W wyniku tego potknęłam się, co wywołało śmiech wśród jakiejś grupki dzieciaków, może w moim wieku, siedzących nieopodal na ławce. Czułam się głupio, bo przecież każdemu może zdarzyć się potknąć.
   Nie zwracając na nich uwagi posłusznie odwracam głowę i podbiegam do swojego przyrodniego brata.
- To gdzie idziemy? - pytam z chyba przesadnym entuzjazmem, ale mało mnie to obchodziło.
- Dowiesz się jak dojdziemy - słyszę w odpowiedzi.
    Co on taki tajemniczy?, myślę. Tak samo się zachował, gdy zapytałam go jakim cudem tak łatwo nas wypuścili ze szpitala. Przecież lekarz nawet nie poinformował mnie o wynikach ostatnich badań. Miałam wyjść dopiero po dobrych wynikach, a nie kiedy braciszek po mnie przyjdzie. Robiło się to podejrzane. Może gdyby mi odpowiedział na pytania nie miałabym żadnych wątpliwości.
    Po trzydziestu minutach spaceru po parku, a potem po obrzeżach miasta, wchodzimy w wąską uliczkę. Z obu jej stron rosną wysokie na kilkadziesiąt metrów drzewa, dziki czemu tworzą nad nami baldachim.
    Po piętnastu minutach znajdujemy pod domem. Jeśli można go tak nazwać.
    Budynek ma dwa piętra i strych. Jest cały biały z licznymi oknami i ozdobami, porośnięty fioletowymi kwiatkami, co daje oszałamiający efekt. Do drzwi wejściowych wchodzi się po szerokich, marmurowych schodach.
   Rozglądam się w około. Widzę pełno drzew, takich, jakie otaczały nas odkąd kwadrans temu weszliśmy w las.  Ptaki ćwierkają gdzieś na gałęziach, a w oddali słychać szum, jakby płynącej rzeki. Czy to jest nasz nowy dom...?
- Skąd pochodzi ten szum? - pyta, odwracając się do Sylviana, który stoi u dołu schodów opierając się o balustradę i przyglądam mu się uważnie. Tak na prawdę dopiero teraz zwracam uwagę na jego wygląd. Ubrany jest w czarną, luźną koszulkę i spodnie tego samego koloru. Jego jasno brązowe włosy są delikatnie rozdmuchiwane przez wiatr. Gdyby nie fakt, że jego błękitne oczy spoglądają na mnie z niezadowoleniem i pogardą, pomyślałabym, że naprawdę jest w porządku. Widać, że jednak tylko udawał, wtedy w szpitalu.
- Kawałek stąd jest rzeka - opowiada mi oschle. Początkowo nie wiedziałam o co mu chodzi, ale po chwili oprzytomniałam i znowu usłyszałam szum wody. - Ale nie wolno Ci tam chodzić - dodaje chłodnym głosem. Chciałabym, żeby znów był miły. Czuję się winna i nie komfortowo, gdy tak się zachowuje.
- Dlaczego? -  pytam chrypiącym głosem, bo czuję jakbym miała się rozpłakać.
- Bo tak powiedziałem. Chodź, pokaże Ci Twój pokój - mówi odwracając się i wchodzi po schodach.
      Podążam za nim, ale myślami jestem zupełnie gdzie indziej. Kiedyś tam pójdę, mówię sobie, to nie może być daleko, skoro dobrze słyszę szum. I nie obchodzi mnie co on ma w tej sprawie do powiedzenia.
     Czuję łzy w oczach, ale szybko je powstrzymuję. Boli mnie jego zachowanie.

piątek, 6 marca 2015

Rozdział 1.

    Słyszę czyjś głos. Rozpoznaję w nim Sylviana, mojego przyrodniego brata. Próbuję  sobie przypomnieć co się stało, ale bez skutku...Widzę jedynie jakieś prześwity. Moje myśli wypełnia krew, rozbite szkło i wrak samochodu. Usiłuję dalej zagłębić się w bezdenne czeluści mojego umysłu, ale w tym momencie moje wspomnienia stają się zamazane. Widzę rysy czyjejś twarzy. Skądś ją znam, ale nie mogę skojarzyć skąd, bo jest strasznie zamazana.
   Próbuję wstać, ale moje ciało mi nie pozwala. Nie mogę się poruszyć, nie czuję żadnej kończyny.
- Leż spokojnie, to lek uspokajający. Za kilkanaście minut powinno Ci przejść. - mówi do mnie mężczyzna w białym fartuchu, z przypiętą plakietką, na której widniał jakiś napis, ale nie mogę go rozczytać, bo obraz nadal mi się rozmazuje.
   Zamykam oczy i próbuję pomyśleć co się dzieje na około. Słyszę pikanie maszyny, która znajduje się po lewej stronie łóżka. Odzyskuję władzę nad ciałem. Powoli otwieram oczy. Spoglądam w stronę maszyny. Nie wiem do czego służy, widnieją na niej różne dziwne kreski, które co chwilę się zmieniają. Odwracam głowę. Po prawej stronie widzę stojak, a do niego przypięty woreczek z jakimś dziwnym płynem, który jest poprowadzony do mojego prawego przedramienia. W około mojego łóżka jest mnóstwo rurek, prowadzących z różnych maszyn do mojego ciała.
   Usłyszałam przed chwilą Sylviana, próbuję wymówić jego imię. Chcę go zawołać, ale mam tak sucho w gardle, że nie mogę nic powiedzieć. Postanawiam wstać, żeby do niego podejść. Powoli podnoszę głowę i siadam na łóżku. Zaczyna mi się bardzo kręcić w głowie i przechylam się w bok. On łapie mnie w ostatniej chwili. Znów chcę coś powiedzieć, otwieram usta, ale żaden dźwięk nie wydostaje się z mojego gardła. Sylvian uśmiecha się i głaska mnie po głowie.
- Mógłby pan podać wodę? Charlie ma sucho w gardle.
   Facet w białym fartuchu podaje Sylvianowi szklankę z wodą ze stolika po drugiej stronie. Ten podsuwa ją pod moje spierzchnięte usta.
- Tylko powoli i małymi łyczkami. - mówi łagodnym i uspokajającym głosem.
   Odsuwa szklankę, a ja czuję ogromną ulgę. Jakby oddał mi mój głos.
- Co się stało? - nie jestem do końca pewna, czy chcę wiedzieć, no ale jakoś musiałam się tu znaleźć, a moja wrodzona ciekawość kazała mi zadać to pytanie. Brat kładzie mnie ma miękkich poduszkach i przysuwa sobie krzesło do łóżka szpitalnego. Łapie mnie delikatnie za dłoń, a jego uśmiech znika.
- Miałaś wypadek, ale nie martw się, już wszystko dobrze - gdy wypowiedział ostatnie słowo zauważyła jego twarzy coś bardzo niepokojącego, ale nie wiedziałam co to znaczy. Po chwili stwierdziłam, że nic nie jest dobrze. Nic nie pamiętam oprócz tych kilku sekund po wypadku.
- Sylvian - mówię szeptem, bojąc się - ale ja nic nie pamiętam...
W tym momencie przerywa mi lekarz, czego nie powinien robić, to było chamskie.
- Może pani doznać amnezji po urazowej. Z czasem albo pani odzyska pamięć, albo nie.
   To co powiedział było przerażające. Nie wyobrażam sobie życia bez pamięci. Skąd mam wiedzieć kto jest moim przyjacielem, a kto wrogiem? Nie będę wiedzieć jak wyglądały moje wcześniejsze lata życia, nie przypomnę sobie jak wyglądają moi rodzice... a propos. Gdzie oni są?
  Sylvian chyba zobaczył moje zmartwieniem, bo zaczął mnie pocieszać.
- Ej, nie martw się. Dopiero się przeprowadziliśmy. Pomogę Ci i dasz radę.
   Staram się uwierzyć w jego słowa, bo z tego co udało mi się o nim zapamiętać nie puszczał słów na wiatr.
    Nie chce mi się odpowiadać, więc kiwam głową, potwierdzając jego słowa. Postanowiam później zapytać, gdzie dokładnie jesteśmy i gdzie byliśmy wcześniej, bo i tak pewnie bym nie skojarzyła miasta. Na razie muszę oswoić się z tymi informacjami.

 Witajcie ! :)
 Przybywamy z pierwszym rozdziałem !!! :D
 Mamy nadzieję, że przypadnie Wam do gustu :3
 Liczymy również na polecenie naszego bloga, znajomym, przyjaciołom.  Oczywiście, jeśli Wam się podoba ^^ 

wtorek, 3 marca 2015

Prolog

Usłyszałam głośny huk, natychmiast zerwałam się z ziemi. Dobrze wiedziałam co się świeci. Zdarzało się to coraz częściej. Nimfa wodna, którą malowałam, uciekła do wody, a ja pognałam przez las do zamku, aby się w nim ukryć. To chyba było jedyne bezpieczne dla mnie miejsce. Kiedy wbiegłam pod wzgórze, usłyszałam miły, znajomy głos : 
- Księżniczko! Proszę jak najszybciej pobiec do lochów! - nakazał mi Scott, mój osobisty ochroniarz. W jego towarzystwie zawsze czułam się bezpiecznie. Byłam pewna, że obroni mnie w razie niebezpieczeństwa. Ścisnęłam mój szkicownik i pobiegłam we wskazane przez niego miejsce. Czekała tam na mnie moja matka, Królowa Rachel. Szczupła i drobna kobieta po trzydziestce ubrana w suknie do ziemi z licznymi ozdobami. Na jej twarzy było już widać liczne zmarszczki. Stała do mnie tyłem, miała zrobionego kłosa spuszczonego wzdłuż kręgosłupa. Rozmawiała z wysokim mężczyzną. Po głosie poznałam ojca Sylviana, Harry’ego. 
- To jedyna możliwość, żeby ją uratować, zrozum to wreszcie Rachel. - Usłyszałam w jego głosie lekkie zdenerwowanie, ale też troskę. Wiedziałam, że się martwi, ale czemu? Chciałam się wycofać i podsłuchać dalsza rozmowę, ale Harry mnie zobaczył. 
- Witam Księżniczko Charlie. Mama odwróciła się energicznym ruchem. Jej zielone jak trawa oczy patrzyły na mnie z żalem i troską. Na twarzy Harry’ego malowała się szczera satysfakcja. 
- O co chodzi? - zapytałam w ogóle nie wiedziałam co się dzieje. Byłam bardzo zdziwiona ich zachowaniem. - Skarbie... - mama zaczęła temat łapiąc mnie za ręce. Była bliska płaczu co wydawało się jeszcze dziwniejsze, bo nigdy nie widziałam, żeby płakała. No może na pogrzebie taty, ale to było dawno i z wiadomych przyczyn. 
- Spokojnie Rachel, tylko nie płacz - pocieszał ją. 
- Może w końcu powiecie mi co się stało? - Pytałam już nie z ciekawość, ale z własnej niecierpliwości. Ta zagadkowa rozmowa za długo już trwała. 
Mama westchnęła, grzbietem ręki otarła spływające po pliczku łzy i chwyciła moje dłonie tak mocno jakbym była ulotną chwilą, miała zaraz zniknąć. 
- Musisz uciekać. Daleko stąd. Tu nie jesteś bezpieczna.
Moje źrenice się powiększyły, jeszcze przed chwila myślałam, że to jest jedyne bezpieczne miejsce dla mnie. Mama kontynuowała swoja wypowiedź z coraz większą trudnością. 
- Spakuj się i bądź zaraz gotowa do drogi. - ostatnie słowa starała się powiedzieć stanowczym tonem. Wiedziałam, kiedy jest stanowcza, a kiedy wymaga tego od niej sytuacja. - Wszystkiego dowiesz się po drodze, a teraz wybacz - dodała widząc, że chcę otworzyć usta i jak zawsze dodać swoje
trzy grosze. 
Odeszła, a za nią Harry. Zostałam sama w lochu. Zrobiło się nagle dziwnie ciemno i już nie tak bezpiecznie jak kiedyś...