poniedziałek, 28 grudnia 2015

Rozdział 14.

* oczami Charlie *
    Jestem u Sylviana w pokoju w chwili, gdy się budzi. Nareszcie, myślę. Już się bałam, że to coś poważnego, bo resztę wczorajszego dnia przespał. Teraz jest 16:00 i w końcu będę mogła się czegokolwiek dowiedzieć.
    Pablo tak na prawdę nie powiedział mi nic. Kiedy wprowadziłam Sylviana do domu, kucharz kazał mi zaprowadzić go do pierwszego pokoju po prawej stronie na pierwszym piętrze. Tak zrobiłam. Jak się okazało potem, był to właśnie pokój Sylvina. Kucharz przyszedł, gdy położyłam brata na łóżku. Nie był jakoś strasznie ciężki, nawet się nie zmęczyłam prowadząc go. Pablo poprosił mnie, abym go ustawiła w pozycji siedzącej i przytrzymała, gdy on będzie mu podawać leki i herbatę ziołową. Z ogromną chęcią mu pomogłam, bo martwiłam się o jego stan zdrowia.
- Nie powinniśmy zabrać go do szpitala? - zapytałam Pablo, który w tym momencie spojrzał na mnie zdziwiony. Zobaczyłam na jego twarzy zdziwienie. Ogromne zdziwienie, ale i złość. Tylko dlaczego? Przecież ja też byłam w szpitalu.
    Po chwili Pablo pokiwał głową i wrócił do przygotowywania naparu z roślin, które widziałam pierwszy raz w życiu. Chyba...
- W porządku, dam mu się napić, a potem go ułożymy do snu. Musi odpocząć - powiedział Pablo.
- Dobrze.
   Gdy opuściliśmy pokój, Pablo poprosił mnie, abym nie pytała Sylviana o wydarzenia z dzisiaj, kiedy się obudzi.
- Może być w lekkim szoku, a nie chcemy pogarszać jego stanu, prawda?
- Nie chcemy - odpowiedziałam.
   Pablo poszedł przygotować jakiś obiad, a ja zaszyłam się w pokoju.


* oczami Sylviana *

   Otwieram oczy. Jestem u siebie w pokoju. leżę na łóżku przykryty kocem. Obok, na stoliku, stoi kubek z czymś gorącym, bo widzę parę. Nagle czuję pragnienie. Podnoszę się powoli, siadam, aby się napić. Biorę małego łyczka, żeby nie poparzyć sobie przełyku. Całe szczęście, napój nie jest aż taki ciepły. Biorę jeszcze jeden łyk, żeby poznać smak tego, co piję. Jest to herbata, tego jestem pewny. Ale jaki ma smak? Trochę jak malina, a trochę jak pomarańcza... Sam już nie wiem.
- To herbata malinowa z sokiem z pomarańczy. Pablo powiedział, że Ci pomoże - słyszę czyjś głos.
   Patrzę w lewo. Przy drzwiach stoi Charlie. Ma na sobie luźną niebieską bluzkę, szare spodenki i czarne trampki. Ciemne włosy upięła w luźnego loczka, dzięki czemu wygląda na prawdę słodko. Dziewczyna spogląda na mnie z troską.
- Jak się czujesz? - pyta.
- Już lepiej - odpowiadam. - Chodź, siadaj.
   Charlie podchodzi do mojego łóżka, a ja biorę jeszcze kilka łyków herbaty. Teraz zacząłem się zastanawiać, czy to na pewno jest malina i pomarańcza. Owszem, smakuje tak, ale...
- Pamiętasz, co się wczoraj stało?
    To pytanie mnie zamurowało. Wspomnienia wracają do mnie tak nagle, że prawie upuszczam kubek z wrażenia. Odkładam go szybko na szafkę i chwytam się za głowę, w której pulsuje mi niemiłosiernie. Ręce trzęsą mi się jak galaretka, a przed oczami migoczą obrazy z wczorajszego dnia: czarny kruk, wodospad, czas spędzony z Charlie.
   Wszystko uderza we mnie tak nagle, zdecydowanie zbyt gwałtownie.
   Jest mi gorąco, chcę wstać, iść do łazienki i wziąć prysznic, ale nie mam siły podnieść się z łóżka. Przed oczami widzę czarne plamy, ale spomiędzy nich wystaje Charlie, która klęczy przede mną. Mówi coś d mnie, klepie mnie w policzek. Widzę to wszystko, ale nie słyszę nic, ani nie czuję.
   Jestem zmęczony, nie chce mi się nic odpowiadać, oddychać, mrugać. Zamykam oczy i tracę przytomność.

* oczami Charlie *
   Podchodzę do łóżka brata i pytam go:
- Pamiętasz, co się działo wczoraj?
   Wiem, że Pablo prosił, bym nie rozmawiała z Sylvianem o wczorajszych wydarzeniach, ale ja nie mogłam się powstrzymać. Chcę wiedzieć, co tak na prawdę się stało. O co mu chodziło w ogóle? Spędziliśmy miło czas, a on nagle zwariował, zaczął czegoś szukać, potem zachowywał się, jakby opuścił nasz świat. 
    Bardzo się o niego martwiłam, w końcu to mój brat. Nie pamiętam, jakie były nasze relacje przed wypadkiem samochodowym, ale chcę, by teraz były jak najlepsze. Kocham Sylviana jak prawdziwego brata i boję się o niego, jak i prawdziwego brata. Straciliśmy rodziców, mamy już tylko siebie. Powinniśmy dbać o siebie nawzajem.
   Z moich rozmyślań wyrywa mnie nagła zmiana w zachowaniu Sylviana. Oddech chłopaka znacznie przyspiesza, oczy stają się nieobecne, a ciało wygląda, jakby chłopak miał zamiar kogoś pobić. 
   Strach mnie ogarnia. Nie wiem, co mam zrobić. Chcę pobiec po Pablo, ale wtedy Sylvian mógłby sobie coś zrobić.
   Podchodzę do niego, klęka i usiłuję nawiązać jakikolwiek kontakt. Moje próby są na nic. Po kilku sekundach Sylvian mdleje.
   Nie zastanawiam się ani chwili dłużej. Rzucam się w stronę drzwi, biegnę korytarzem i po schodach. Tam spotykam Pablo, który patrzy na mnie ze zdziwieniem.
- Czemu tak biegniesz?
- Sylvian... on... zemdlał... - mówię zdyszana i przerażona stanem brata.
   Pablo rzuca się w stronę schodów, wbiega na górę, a ja za nim. Kiedy on sprawdza, co z Sylvianem, ja siadam na krześle obok drzwi, opieram łokcie o stolik i chowam twarz w dłonie, Łzy kapią na blat, a ja nie potrafię ich powstrzymać. Ba! Nawet nie chcę. Ta sytuacja to moja wina. 
   Kucharz podchodzi do mnie i pyta:
- Zapytałaś go o wczoraj, prawda?
   Nie chcę, by zobaczył moje łzy i usłyszał łamiący się głos, więc tylko kiwam głową. Słyszę jak ten wciąga powietrze nosem. Próbuję się uspokoić.
- Prosiłem cię, żebyś nawet nie pisła słówkiem na ten temat! Przez twoją głupotę może z nim być bardzo źle! Wiesz co? Nie myślałem, że po utracie pamięci będziesz aż taka głupia. Nie taką Ciebie znałem. - Nie wiem czemu, ale te słowa sprawiają, że płaczę jeszcze bardziej. Po chwili Pablo dodaje: Wyjdź stąd. 
   Robię to. Schodzę na dół po schodach, nie spieszę się. Otwieram drzwi wejściowe i wychodzę na zewnątrz. Od razu czuję zapach przyrody. Zamykam za sobą drzwi i idę na spacer. Muszę sobie wszystko poukładać w głowie.


Moi Kochani!

Przepraszam, że przychodzę z nowym rozdziałem dopiero teraz, ale wiecie - Święta to nie czas odpoczynku, ale odwiedzania rodzin, pomagania w przygotowaniu posiłków itp. Tak czy inaczej, wracamy do normalności, czyli nowych rozdziałów w weekendy :D

Przy okazji chcę Wam życzyć szalonego Sylwestra i wspaniałego każdego dnia nowego roku! ^^ 

Pamiętajcie o komentarzach :*

sobota, 19 grudnia 2015

Rozdział 13.

    Wydaje mi się to paradoksalne. Po raz drugi, gdy tu jestem, słyszę krakanie. To przeraźliwe, niepokojące krakanie.
    Szybko podnoszę się na nogi i zaczynam szukać ptaka.
- Co się stało? - Charlie jest zdziwiona.
- Nic. Chodź, idziemy - odpowiadam zaglądając pomiędzy krzaki i drzewa.
- Czego tak szukasz? - dziewczyna nie daje za wygraną. - Pomóc Ci?
    Odwracam się w jej stronę.
- Nie słyszałaś...? - chciałem zapytać, czy nie słyszała tego ptaka. Może coś mi się przywidziało, lecz w tym samym momencie go ujrzałem.
   Siedzi na gałęzi wysokiego drzewa po drugiej stronie rzeczki. Czarne pióra ma idealnie ułożone i ulizane. Jest zdecydowanie większy od normalnych kruków, a jego oczy błyszczą krwistą czerwienią, co sprawia, że jest jeszcze bardziej przerażający. Nie mam zamiaru czekać, aż nas zaatakuje. Chcę prędko pobiec do domu i się tam schować. Muszę przemyśleć to wszystko i obgadać z Pablo. Wydaje mi się, że istnieje jakieś powiązanie kruka z tą górą, która według Charlie emitowała złą energią.
    Już mam zamiar powiedzieć Charlie, że wracamy do domu, lecz w tym samym momencie przyszła mi do głowy straszna myśl - co jeśli jemu o to chodzi? Co jeśli chce odnaleźć naszą kryjówkę? Co jeśli jest on tym o czym myślę w tej chwili? Jednak z drugiej strony nie trudno byłoby mu nas znaleźć. Przecież nie kryjemy się aż tak. Całe szczęście, że nie jestem tak głupi i zabezpieczyłem najbliższy obszar wokół dworku zaklęciem. Dopóki któryś z jego domowników nie wpuści kruka, ten nie będzie mógł wejść.
    Powinniśmy wrócić do domu. Charlie byłaby bezpieczna, a ja mógłbym w spokoju pomyśleć nad tym co dalej. Tyle że co jeśli dziewczynie zechce się uciec i wyjdzie poza tarczę? Obiecałem jej spacer, więc lepiej, żeby była zadowolona, niż żebym miał jej potem szukać w nocy po lesie. Postanawiam więc improwizować i przejść się z nią gdzieś po lesie. Przy mnie będzie przynajmniej bezpieczna.
- Czego nie słyszałam? - Charlie pyta widząc, że nie dokończyłem.
- Niczego, chodź. Przejdziemy się, co ty na to? -  proponuję i ciągnę ją za rękę, żeby się nie odwróciła i nie zobaczyła ptaka.
   Schodzę po schodach zdecydowanym krokiem, ale nie za szybko, żeby Charlie się znowu nie przewróciła. Głowa mi pęka, nagły ból jest nie do zniesienia. Jesteśmy już na dole, łapę się za głowię. Siostra podchodzi do mnie i łapie za ramię jakby się bała, że się przewrócę. Jest zaniepokojona. - Wszystko w porządku? Dobrze się czujesz?
- Tak - odpowiadam. - Ale chodź już, proszę.
   Lecz ona naciska dalej. Idzie za mną i ciągle zadaje te pytania: "Co się stało?", "Czemu tak szybko stamtąd uciekliśmy?".
   Aż wreszcie ma tego dość i się zatrzymuje.
- Nie ruszę się stąd nawet na krok, jeśli mi tego nie wytłumaczysz! Mam dość tajemnic, powiedz mi wszystko!
   Odwracam się. Mam ochotę jej coś zrobić! Jest nie do wytrzymania! Mimo chęci do przemocy, staram się zapanować nad ciałem. Zaciskam ręce w pięści, żeby opanować ich drżenie. Patrzę na Charlie z nienawiścią. Ale chwileczkę, dlaczego? Przecież jestem przyzwyczajony do jej ciekawości i wścibstwa... Nie no, momencik. Przecież nigdy bym jej nie uderzył! Co się w ogóle ze mną dzieje? Obym nie zaczynał wariować...
   Teraz jestem już spokojny, odchrząkuję, żeby mój głos stał się głośniejszy.
- Charlie, chodź proszę.
   Siostra podchodzi, łapie mnie za rękę i powoli prowadzi w nawet nie wiem jakim kierunku.
   Wraz z jej dotknięciem zachodzi we mnie ogromna zmiana: oddech się uspokaja, ból głowy mija, staję się bardziej opanowany, a po chwili całkowicie wyluzowany. Cała złość ze mnie ulatuje, a nawet nie mam pojęcia jak się we mnie znalazła! Mam tego wszystkiego dosyć, nic już nie rozumiem, chcę wrócić do domu, wypić gorącą herbatę i się położyć. Chce mi się z tego wszystkiego płakać.
    Charlie gdzieś mnie prowadzi. Nie chcę, żebyśmy się zgubili, więc pytam:
- Dokąd idziemy?
- Do domu - odpowiada.
- Znasz drogę?
- Owszem, a teraz się uspokój i patrz pod nogi, bo tu jest krzywo.
    I tak moja siostra, którą to ja miałem się opiekować, zaprowadziła mnie do dworku. Wprowadziła po schodach do mojego pokoju i położyła do łóżka. Zasnąłem w mgnieniu oka.


Mam do Was ogromną prośbę - dodawajcie komentarze!!! Potrzebuję ogromnej motywacji, a to właśnie one dają jej najwięcej. 

Następny rozdział, pojawi się prawdopodobnie dopiero po świętach, ponieważ nie wiem, czy wyrobię się z napisaniem go. 

Tak czy inaczej, Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku już dzisiaj !!!

sobota, 12 grudnia 2015

Rozdział 12.

* oczami Sylviana *

    Jesteśmy już z Charlie na górze. Siadam na pobliskim kamieniu i zatapiam się w głębie swego umysłu (hm, jakże to pięknie brzmi, nie uważacie?).
    Najbardziej zastanawia mnie, skąd ona dowiedziała się o mojej słabości. Czyżby wracała jej pamięć? W królestwie wiedziała o tym, owszem. Może po prostu znowu się domyśliła? W końcu to nadal ta sama osoba co przed czyszczeniem pamięci.
    Kiedy opowiadała mio tych wszystkich opcjach, czułem się jakby po raz drugi zajrzała do mojego umysłu po tę samą informację. Nie wiem skąd to wzięła, ale Charlie to bardzo mądra i inteligentna dziewczyna, więc nie powinno mnie to dziwić. Ba! Mogę się założyć, że jeszcze nie raz mnie zaskoczy. Zawsze w rzeczach intelektualnych była ode mnie lepsza. Mogłaby zostać świetną królową. Heh, no właśnie, mogłaby...
   Przytuliłem ją, gdy szliśmy, bo poczułem, że muszę. Muszę być dla niej dobrym bratem. Nie tylko muszę, ale po części też chcę. Dopiero teraz to poczułem. Kocham ją jak prawdziwą siostrę, a nie tylko przyrodnią. Może i mamy jedynie wspólną matkę, ale mamy teraz też wspólne zadanie, Ja muszę ją chronić, a ona musi się wszystkiego na spokojnie nauczyć. Nauczyć jak wykorzystywać swój dar. Kiedyś się dowie wszystkiego o sobie, więc chciałbym, żeby miała wtedy u mnie wsparcie., żeby nauczyła się nad tym panować i nie wywołała żadnej katastrofy.
    Jak tak teraz na nią patrzę, gdy chodzi po trawie, przygląda się okolicy, bawi się kamykami ze strumyka, przypomina mi się, jak obserwowałem ją zza krzaków, gdy bawiła się przy małym strumyczku kilka lat temu. Wtedy jeszcze nie mieszkałem w zamku - razem z ojcem byliśmy zwykłymi ludźmi z miasteczka. Ojciec służył w Straży, więc był jako tako znany, jako że Strażników nie jest zbyt wielu. Zresztą, mnie też rozpoznawano. Byłem "tym pierwszym dzieckiem królowej Rachel, które nie ma żadnego prawa do tronu, ani do życia w pałacu, bo został spłodzony przed koronacją swojej matki i w ogóle przed małżeństwem swoich rodziców". To prawda. Rachel, teraz królowa Rachel, była kiedyś mieszczanką. Kochała mojego ojca, byli razem szczęśliwi. Lecz pewnego dnia cudowny, wtedy jeszcze książę, Tristan przyjechał do miasteczka i ponoć "spostrzegł Rachel wśród tłumu kobiet witających go" i od razu się w niej zakochał. Tak przynajmniej powiedział oświadczając się jej. Niestety, ale prawo mówiło wyraźnie: "Książę może wziąć sobie za żonę kobietę z wioski/miasta, pod warunkiem, że nie ma ona męża, dzieci i znajduje się w przedziale od dziewiętnastu do dwudziestu pięciu lat". No a że moja matka jeszcze mnie nie urodziła, ani nie wiedziała wtedy nawet, że jest w ciąży, to niestety zaliczała się do tych kobiet. Gdyby mój ojciec jej się oświadczył, sprawa mogłaby wyglądać zupełnie inaczej, lecz był on wtedy bardzo biedny, nie było go stać na pierścionek, a uważał, że matka na niego zasługuje.
     Tak więc po pewnym czasie, gdy wyszło na jaw, że Rachel jest w ciąży innym mężczyzną nie księciem, król Henryk, chcąc pokazać jaki jest dobry dla poddanej, pozwolił jej, z łaski swojej, urodzić to dziecko. Jednak pod warunkiem, że jego wychowaniem zajmie się ojciec. I tak się stało. Harry wychował mnie tak a nie inaczej. Pracował nieraz całe dnie, więc zazwyczaj się nudziłem, ponieważ nauką dzieci zajmowali się rodzice, czasami dalsza rodzina. Kiedy król Henryk zmarł, książę Tristan został koronowany. Miesiąc potem urodziła się Charlie.
    Po raz pierwszy zobaczyłem ją mając dziewięć lat. Ona miała wtedy siedem. Było to nad małą rzeczką, płynącą przy granicy miasta i zamku królewskiego. Była wtedy ubrana w zwiewną, białą sukienkę, miała jeszcze jasne włosy, układające się w burzę loków. Biegała boso po łące i wchodziła do wody.
    To wspomnienie uderzyło we mnie tak nagle. Gdy bawiła się, skakała, a ja patrzyłem oczarowany, nie mogąc odwrócić od niej wzroku. Spodobało mi się jak lekko stąpa po ziemi, jak patrzy na świat i mówi przeróżne rzeczy do ptaków, a one jej ćwierkają do niej. Wtedy nie wiedziałem co to oznacza. Myślałem, że tylko udaje, że z nimi rozmawia... W końcu małe dzieci bawią się w taki sposób. Nagle spojrzała w miejsce, gdzie się ukrywałem. Ujrzała mnie i szybko uciekła do zamku. Ja spanikowałem i także uciekłem. Nie chciałem narobić tacie kłopotów, bo nie wolno nam było się widywać do czasu, gdy Charlie nie będzie pełnoletnia. Wtedy to miała zadecydować, czy chce mnie poznać czy wręcz przeciwnie.
    Pamiętam także jak król Tristan zmarł nagle i królowa Rachel oznajmiła poddanym, że mój ojciec zostanie jej partnerem, ale to ona będzie sprawować władzę. Ja i Harry mieliśmy przenieść się wtedy do zamku i tam zamieszkać. Bardzo się stresowałem całą zaistniałą sytuacją. Po pierwsze, to mogłoby wyglądać tak jakby moja matka zabiła Tristana, którego zresztą nie kochała, żeby być z moim ojcem. Całe szczęście okazało się potem, że umarł on z przyczyn naturalnych.
    Wprowadziłem się do zamku mając zaledwie trzynaście lat. Kiedy ujrzałem Charlie w sięgającej do ziemi jasnozielonej sukni, zaniemówiłem zauroczony jej pięknem. A gdy dotarło do mnie co potem powiedziała, jeszcze bardziej mnie zamurowało.
- To ty chowałeś się w krzakach? - zapytała z chytrym uśmieszkiem tak cicho, abym tylko ja ją usłyszał.
    Uśmiechnąłem się do niej ciepło, bo nie miałem pojęcia, że pamięta tę sytuację. Przez te cztery lata wypiękniała, jej włosy pociemniały, oczy błyszczały jeszcze bardziej, uśmiechała się też szerzej. Była szczęśliwa, że wreszcie mogła poznać swojego przyrodniego brata.
    Kiedy tak o wszystkim rozmawialiśmy na osobności, dowiedziałem się, że nikomu nie powiedziała o naszym pierwszym spotkaniu. Byłem jej za to wdzięczny, bo gdyby to wyszło na jaw, ojciec straciłby pracę, dom, wszystko. Ja prawdopodobnie zostałbym zgilotynowany na miejskim placu. Król Tristan nienawidził mojego ojca, zresztą z wzajemnością. Jeden był wściekły, bo musiał żyć z myślą, że gdzieś tam mieszka dziecko jego żony, które ma z innym facetem, a drugi, bo pewien facet odebrał mu największy skarb swojego życia: osobę, którą kochał nade wszystko, dla której poświęciłby swoje życie i z którą nie mógł nawet porozmawiać przez jedenaście lat. Do momentu przyjazdu na zamek ojciec był wiecznie smutny, rzadko się uśmiechał. Obecność mojej mamy go odmieniła. Stał się szczęśliwym człowiekiem, bo miał przy sobie ukochaną, która nawet na moment o nim nie zapomniała.
    Ze wspomnień budzi mnie głos Charlie:
- Pójdziemy tam kiedyś? - pyta wskazując palcem na górę z ogromnym wodospadem.
    Spoglądam w tamtą stronę. O nie, tylko nie to miejsce. Jeszcze nie teraz, jest za wcześnie, ona nic nie wie.
- Jak będziesz gotowa. - mamroczę cicho. 
- Co? Jak gotowa? - dziewczyna marszczy brwi i patrzy na mnie pytająco. Ja jednak postanawiam tym razem nie dawać za wygraną.
- Czy to jest teraz takie ważne?
   Podchodzę do siostry i zaczynam ją łaskotać. Udaje jej się wyrwać.
- A ta góra obok? Czemu mam nieprzyjemne przeczucia, gdy na nią patrzę?
   Patrzę na górę po prawej i zaczynam się martwić. Nie, nie możesz dać po sobie znać. Otrząsam się ze wszystkich myśli, które zaczęły kiełkować w mojej głowie i znowu łaskoczę Charlie. Tym razem siostra się nie wyrywa.
 - Nie! Błagam! Przestań! - krzyczy i śmieje się. Kładzie się na ziemi i zasłania się rękami i nogami, żebym tylko przestał ją gilgotać. Chcę, by zapomniała o tej górze, co chyba mi się udało. Chcąc odpocząć, zawieramy chwilowy rozejm, kładziemy się obok siebie na miękkiej trawie i patrzymy na chmury.  Mówimy co nam przypominają i wyjątkowo miło spędzamy czas.
    Trwamy w tym błogim stanie przez dłuższy czas. Nagle słyszymy okropne dźwięki, które bardzo przypominają mi krakanie czarnego ptaka...

sobota, 5 grudnia 2015

Rozdział 11.

    To co widzę jest naprawdę wspaniałe. Szum wody jest teraz bardzo głośny. Nawet gdybym coś powiedziała, a Sylvian stałby obok mnie, nic by nie usłyszał. Przede mną znajduje się ogromny, mierzący około dziesięciu metrów, wodospad. Obok niego są zbudowane kamienne schody, którymi można wejść na górę. Promienie słoneczne odbijają się w wodzie, dzięki czemu powstaje wspaniały efekt - barwna tęcza. Spoglądam to na Sylviana, to na wodospad przed sobą. 


* oczami Sylviana * 

    Mina Charlie jest bezcenna, do tego bardzo śmiesznie wygląda kręcąc tak głową. Nie jestem pewny co chce zrobić. Przypomina mi się zdarzenie z czarnym krukiem i powoli zaczyna mnie przepełniać niepokój. Z nim naprawdę było coś nie tak. Wzrok seryjnego mordercy, zabójczo ostre szpony i te idealnie ułożone pióra...
     Jeszcze raz spoglądam na siostrę i myślę o tej specyficznej miłości, którą ją darzę. Zniszczenie dzieciństwa nie było moim marzeniem. 
   Czy można kochać i nienawidzić tą samą osobę? Jak długo można chować urazę za poprzednie lata? Ile można udawać, że wcale nie było tak źle, bo było koszmarnie?
- Wejdziemy do góry? - proponuję dziewczynie, w sumie też jestem ciekawy tego co się tam znajduje. Ona jedynie szybko kiwa głową i ciągnie mnie za rękę, jakby te schody miały zaraz zniknąć, załamać się albo jakbym miał jej kazać wrócić do domu przez zobaczeniem tego spektakularnego miejsca.
   Wchodzimy parę stopni do góry. Nagle Charlie się zatrzymuje i ślizga. Widzę, że zaczyna spadać w stronę wodospadu. Instynktownie wyciągam ręce i ją łapę. Ma mocno zaciśnięte oczka i szczękę. Przyglądam jej się jeszcze przez chwilę mając nadzieję, że ogranie sytuację i zda sobie sprawę, że ją złapałem. Niestety nie dzieje się tak. 
- Ej Charlie? Wiesz, że Cię złapałem i jesteś bezpieczna? 
 Dziewczyna powoli otwiera swoje piękne brązowe oczka. Po dłuższej chwili wpatrywania się w nie, można odczytać jej wszystkie myśli, marzenia i uczucia. 
- Co?! Złapałeś mnie? Nic mi nie jest? - jest troszkę zdziwiona i w szoku, w końcu teraz miałem być dla niej miły i chyba o tym zapomniała. Po za tym nawet jakbym nie miał być miły i tak bym ją złapał. Instynkt. Uśmiecham się do niej delikatnie i dalej wpatruję w oczka, które błyszczą jak te kropelki wody naokoło nas.
- Tak złapałem Cię i jesteś cała i zdrowa, Księżniczko. - po chwili zaczynam żałować słów wypowiedzianych przez siebie.
    Ja głupi! Czemu nazwałem ją księżniczką? Czuję jak zaczynam się rumienić. Ale czemu? W królestwie zawsze ją tak nazywałem i nie sprawiało mi to większego problemu. 
  Podnoszę ją szybko na nogi, nie chcę żeby coś zauważyła i mam nadzieje, że to pomoże mi się pozbyć rumieńców z policzków. 
- Sylvian, czemu się rumienisz...? - Charlie pyta niepewnie.
    No super teraz to już jestem totalnym burakiem. Chcę się pozbyć czerwonego koloru z mojej twarzy, więc spoglądam na nią chłodno, tak jak przed wyjściem na przechadzkę.
- Idziemy dalej czy będziesz teraz zadawać pełno pytań i nigdy nie dojdziemy na górę? - mój głos jest troszkę  bardziej nieprzyjemny niż chciałem. Trudno, może w ten sposób zobaczy, że pytania z jej strony nie są mile widziane, chociaż z drugiej srony... Chyba nie powinienem. 
    Na początku Charlie wydaje się w lekkim szoku. Nic dziwnego, jeszcze kwadrans temu powiedziałem jej, że będę dobry i tak dalej. Dziewczyna robi zawiedzioną minę i rusza przed siebie tym razem ostrożniej i wolniej niż poprzednio. Czuję lekkie poczucie winy, bo ją zawiodłem. Najwyraźniej nie potrafię być dobrym bratem.


* oczami Charlie * 

   Teraz idę przed siebie powoli i ostrożnie, żeby znów się nie przewrócić. Zastanawiam się nad tym co właśnie się stało. Może jego zachowanie wynikało z tego, że przez przypadek nazwał mnie księżniczką? Albo nie lubi się przy kimś rumienić? Eh nie wiem czemu szukam dla niego wytłumaczenia. On po prostu nie lubi mojej osoby i nie lubi spędzać ze mną czasu, a "kocha" mnie i się mną opiekuje, bo chyba nie ma innego wyjścia. 
    Rozmyślam nad tym dopóki nie doczłapuję się na samą górę wodospadu.Co jak co, ale kondycji to ja nie mam. Uda pieką mnie niemiłosiernie i jedyne o czym marzę, to usiąść na czymś miękkim i odpocząć.
    Widok jest teraz jeszcze bardziej zniewalający niż poprzednio. Przed nami rozciągają się korony niższych drzew oraz głęboki, ciemny las. Gdzie nie gdzie latają barwne ptaki. W oddali za lasem widać dwie wielkie góry, a miedzy nimi dość sporą przełęcz. Z jednej z nich, z tej po lewej, spływa kolejny ogromny wodospad. Domyślam się, że stąd tu się wziął ten mniejszy. Tam musi być o wiele wyżej niż tu, dzięki czemu woda spływa w dół, tam tworzy rzekę, a potem znowu spada w dół, tym razem jednak mniejszym strumieniem wody. Prawdopodobnie ta duża rzeka rozdziela się na dwie mniejsze. Ta druga płynie zapewne w kierunku miasta, powoli i spokojnie.
   Jej, chwila. Skąd mi się to wzięło? Chyba wolę nie wiedzieć...
   Spoglądam na brata, który uważnie przygląda się górom. Chyba poczuł mój wzrok, bo odwraca  się, patrzy na mnie chłodno i usiadł na kamieniu nieopodal. Patrzy na płynącą rzekę. Wydaje mi się, że pogrążył się w myślach, więc nie będę mu przeszkadzać. Postanawiam dalej podziwiać okolicę.
    Teraz kieruję swój wzrok na drugą górę, tę po prawej, i czuję straszny dreszcz przechodzący przez moje ciało. Jakby zawiał zimny wiatr. Ta góra ma w sobie coś dziwnego, coś, czego się boję. Nie chcę na nią patrzeć, ani o niej myśleć, chcę zapomnieć o niej i o tym nieprzyjemnym uczuciu jakie sprawia mi samo patrzenie na nią.
    Patrzę jeszcze raz na Sylviana i postanawiam przerwać ciszę towarzyszącą nam już od tak długiego czasu. Gdzieś mam jego rozmyślania o niczym. Ta góra mnie wkurzyła przez to dziwne przeczucie, więc natychmiast muszę się go pozbyć. A pozbędę się go może, kiedy mi powie, co się tam znajduje.
- Pójdziemy tam kiedyś? - wskazuję palcem na górę z ogromnym wodospadem. Sylvian potrząsa głową i zerka na przyjazną górę. 
- Jak będziesz gotowa. - mamrocze cicho. 
- Co? Jak gotowa? -marszczę brwi i patrzę na niego pytająco. Chcę wyczytać coś z jego twarzy, ale jak zawsze mi to nie wychodzi. 
- Czy to jest teraz takie ważne? - pyta robiąc dość uroczą i dziwną minę. Zbliża się mnie mnie i zaczyna mnie gilgotać. Wyrywam się.
- A ta góra obok? Czemu mam nieprzyjemne przeczucia, gdy na nią patrzę?
   W tym momencie Sylvian robi się zmartwiony i spogląda na miejsce, o którym mówię. Mam nadzieję, że powie mi cokolwiek, ale on jak na złość się szybko otrząsa i znowu mnie gilgocze. Postanawiam dać mu na razie spokój, jakoś zmuszę go do gadania. Jeszcze tylko nie wiem jak.
 - Nie! Błagam! Przestań! - krzyczę i śmieję się jak nigdy, kładę się na ziemi i zasłaniam się rękami i nogami, żeby tylko przestał mnie gilgotać. 
   Po chwili męczarni oboje leżymy na trawie i wpatrujemy się w niebo wyczekując pojedynczych chmurek. Mówimy co nam przypominają i wyjątkowo miło spędzamy czas. 
   Miłe chwile przerywają nam niestety okropne dźwięki, wydawane przez czarnego kruka...

niedziela, 22 listopada 2015

Rozdział 10.

* oczami Charlie*

    Kiedy Sylvian złapał mnie na próbie otwarcia drzwi, bardzo się go wystraszyłam. Nie chcę go denerwować, ale czy to coś złego podejść do drzwi? Według mnie nie. On sam chyba się wystraszył swojego wybuchu, bo przed naszym pójściem na śniadanie zaproponował mi spacer. Mam nadzieję, że chociaż wtedy będziemy mogli normalnie porozmawiać i że wreszcie się czegoś dowiem.
    Po zjedzeniu tostów z serem żółtym i wypiciu czarnej herbaty z dodatkiem cytryny i miodu, dziękujemy Pablo i wychodzimy. Przez całe śniadanie zastanawiałam się, czy nasz kucharz będzie na mnie zły za wczoraj, ale chyba się nie gniewał, a nawet jeśli, to nie dał po sobie znać. Uśmiechał się uprzejmie do nas obojga, więc wydawało mi się, że wszystko jest ok. Zupełnie jakby nie pamiętał o wczorajszym wypadku.
    Pomimo wczesnej pory, a jest za pięć dziesiąta, na dworze jest już bardzo duszno. Na niebie żadnej chmurki, a słońce niemiłosiernie grzeje. Zastanawiam się, czy mojemu przyrodniemu bratu nie jest za gorąco, ponieważ jest cały ubrany na czarno, ale chyba mu to nie przeszkadza.
   Sylvian rusza przodem w stronę lasku. Wsłuchuję się w przyrodę i znów słyszę szum wody. Nie wiem skąd, ale jestem pewna, że mój przyrodni brat właśnie w tamtą stronę zmierza. W stronę szumu. Nie chcąc zostawać w tyle i żeby myślał, iż nie mam ochoty na spacer, szybko go doganiam.
- Gdzie idziemy? - pytam, mając nadzieję, że moje podejrzenia okażą się słuszne.
    Sylvian spogląda na mnie, a jego błękitne oczy są nie do zrozumienia. Trochę jakby chciał mi powiedzieć, że nie chce iść na spacer, trochę jakby (znowu) patrzył na mnie z nienawiścią. Widzę jednak tam też ciekawość. Tylko z jakiego powodu?
   Nie uzyskałam odpowiedzi na pytanie, więc dalej próbuję nawiązać rozmowę:
- Jeśli nie masz ochoty iść na spacer, to możemy pójść później albo kiedy indziej, a teraz zwyczajnie wrócimy do domu  i zajmiemy się sami sobą.
   Mój plan powoli zadziałał - Sylvian przystaje i patrzy na mnie. Jest niezdecydowany. Normalnie widzę te znaki zapytania różnych rozmiarów i kolorów nad jego głową. W końcu jego twarz się odpręża.
- Chodźmy dalej - mówi  rusza przed siebie.
   Idę za nim z szerokim uśmiechem tak dobre kilkadziesiąt metrów - Sylvian z przodu, ja za nim z bananem na twarzy. Czuję, że nie mogę już dłużej wytrzymać, zginam się w pół i ryczę ze śmiechu. Mój brat przystaje i patrząc na mnie, czeka aż się uspokoję. Trwa to dobre kilka minut, bo co na niego spoglądam, znowu wybucham śmiechem. Gdy wreszcie przestaję się śmiać, podchodzę do niego.
- Co ci się stało do cholery? - pyta zirytowany.
- Nic, tylko jesteś bardzo przewidywalny - odpowiadam.
    Ten unosi brwi w niedowierzaniu.
- Że co proszę?
   Uśmiecham się szeroko. Ha! a myślał, że jest taki mądry i przebiegły. A jednak - przechytrzyłam go.
   Chwytam brata pod ramię i powoli idę przed siebie. O dziwo, nie ma nic przeciwko temu i daje się prowadzić.
- Miałeś do wyboru dwie opcje - tłumaczę mu. - Pierwsza: pozwolić mi postawić na swoim i wrócić do domku. Ta opcja bardzo by ci odpowiadała, ponieważ nie masz najmniejszej ochoty na spacer ze mną i ja to widzę. Decydując się na powrót miałbyś mnie z głowy i mógłbyś się zająć sobą. Jednak wybrałeś drugą opcję, która jest mniej atrakcyjna, bo musisz robić coś, czego nie chcesz. Ale wybrałeś ją, ponieważ dzięki temu postawiłeś na swoim. Jesteś typem osoby, która zawsze zrobi coś po swojemu, więc bardzo łatwo był cię podejść, proponując ci opcję, która jest mniej atrakcyjna dla mnie, przez co ty wybrałeś tą, która mnie ucieszyła. Lubię spacerować. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo czuję to jak moje ciało chce skakać z radości. Dlatego cię podpuściłam. Nie wiem, czy cokolwiek zrozumiałeś... Wiem, chaotycznie tłumaczę.
   Po skończonym wywodzie patrzę na przyrodniego brata. Jego błękitne oczy zrobiły się nagle szare. Ale one są piękne, myślę, ale na szczęście szybko się z tego otrząsam. Przecież to mój przyrodni brat! Lecz to prawda, są prześliczne. Takie inne.
- Mówię ci to tylko po to, żebyś się nie dał tak więcej oszukać - dopowiadam, po czym następuje coś mega dziwnego. Sylvian mnie przytula! Nie mam bladego pojęcia co mu odbiło. Najpierw jest dla mnie wredny, potem miły i mnie przytula.
    Mimo wszystko odwzajemniam ten uścisk. Kocham go pomimo, że jest tylko moim przyrodnim bratem, że mnie czasami tak podle traktuje, że na mnie naskakuje. Kocham go  i czuję, że zawsze tak było. Kocham go jak prawdziwego brata.
   Nagle czuję delikatny dotyk jego ust na czole. Uśmiecham się i lekko od niego odsuwam.
- Czy ty dałeś mi właśnie buziaka w czoło? - pytam.
- Owszem - odpowiada nieśmiało kiwając głową.
- Czyli - zaczynam niepewnie - to oznacza, że między nami jest jak na razie dobrze, że postarasz się być dla mnie milszy oraz, że będziesz dla mnie prawdziwym bratem.
   Wzdycha teatralnie, jakbym oczekiwała nie wiadomo czego.
- Tak. Tym razem muszę się z tobą zgodzić.
   Mocno go tulę i nie zamierzam zbyt szybko puszczać. Wreszcie jest dla mnie jak brat.
- Ale tylko ten jeden raz. Nie przyzwyczajaj się -  szepcze mi do ucha.
   Śmieję się.
- Udam, że tego nie słyszałam.
   Minuty mijają, a my nadal stoimy przytuleni . Czuję między nami dziwną, ale miłą więź. Zupełnie jakbyśmy wreszcie znaleźli wspólny język i dojście do porozumienia.
   Jestem niższa od niego o głowę, przez co czuję jak nade mną góruje. Coś jakby chciał mnie obronić przed całym złem tego świata. Nie przeszkadza mi to. Jestem mu wdzięczna za to, co dla mnie zrobił: prawdopodobnie nielegalnie wprowadził nas do tego dworku, powinien wysłać mnie do domu dziecka, ale tego nie zrobił. I mimo, że tak często na mnie krzyczał, ciągle miał o coś problem, to kochał mnie.
- Chodźmy dalej, co? - Sylvian przerywa moje jakże mądre i poważne rozmyślania.
   Otwieram oczy i zerkam na niego, ale obraz jest zamazany.
- Ej, czemu płaczesz? - pyta zdziwiony i ociera łzy z mojego policzka.
    Wzruszam ramionami.
- Po prostu wreszcie czuję, że nie traktujesz mnie jak jakiś ciężar, trudność, przeszkodę, której trzeba się pozbyć.
   Gdy tak na niego patrzę, czuję jak po moich policzkach spływa jeszcze więcej słonych łez. Spływają jedna po drugiej.
- Nie jesteś dla mnie ciężarem -  mówi z ciepłym uśmiechem Sylvian.
  Ja również się uśmiecham i jeszcze raz przytulam brata.
- Nie płacz już i chodź. Jesteśmy nie daleko.
   Sylvian bierze mnie pod rękę i prowadzi dalej.
    Po piętnastu minutach, gdy docieramy na miejsce, nie mogę uwierzyć własnym oczom.

niedziela, 18 października 2015

Rozdział 9.

   Budzą mnie jasne promienie słońca wpadające przez okno nad łóżkiem. Przeciągam się i zaczynam szukać jakiegokolwiek urządzenia, które pokaże mi godzinę. Znajduję telefon. Nie jestem pewna, czy wiem jak z niego korzystać, ale moje dłonie same wykonują odpowiednie ruchy, zupełnie jakbym używała go już setki razy. Odblokowuję go i dziwię się, ponieważ jest 7:12. Zazwyczaj o tej godzinie przewracam się na drugi bok.
   Jeszcze raz się przeciągam, po czym powolnie wstaję się z łóżka. Podchodzę do szafy i otwieram ją. Stoję przed nią chyba z piętnaście minut, nie wiedząc co na siebie włożyć. Po wyciągnięciu połowy ubrań i próbach dopasowania jakiegoś ładnego stroju decyduję się na czerwoną bluzkę oraz dżinsowe krótkie spodenki. Wyjmuję bieliznę z szafki i kieruję się w stronę łazienki. 

   Chcę wziąć szybki prysznic, ale jak tak na niego patrzę, to z lekka jestem załamana. Wszędzie przyciski i guziczki. Zero opisu ani instrukcji obsługi. Postanawiam trochę z nim powalczyć, naciskam to i owo, aż po wielu ciężkich próbach mi się udaje. Szybko się myję, ubieram, ogarniam jeszcze twarz i balsamuję ciało.
   Wychodzę z pokoju i kieruję się schodami na dół w stronę jadalni. Schodzę powoli rozmyślając nad wczorajszą bardzo dziwną rozmową z Pablo. Może ja po prostu już zaczynam wariować i tam wcale nie było żadnego światełka? Sama już nie wiem. 
   Mam zamiar skierować się w stronę jadalni, ale coś mnie kusi, żeby sprawdzić, czy drzwi wejściowe są otwarte. Odwracam się w ich stronę rozglądając, czy nikt na mnie nie patrzy. Podchodzę do nich po cichu, delikatnie pociągam za klamkę i nagle czuję mocne szarpnięcie za ramię. 
 * oczami Sylviana * 
     - Co Ty do cholery wyrabiasz? - wrzeszczę na Charlie, czując wzbierający we mnie gniew. Zabroniłem jej wychodzić z domu, a ta smarkula się mnie w ogóle nie słucha. Jeszcze ten podejrzany kruk którego wczoraj widziałem. 
- Sylvian?! Ja tylko...
- Ty tylko co?! - nie daję jej dokończyć.
    Jestem na prawdę wściekły. A co jakby ona wyszła i coś jej się stało? Cały plan może pójść na marne przez jedną pomyłkę. Może wszystko zepsuć swoimi głupimi kaprysami.
- Przepraszam, ja tylko chciałam zobaczyć, czy są otwarte.
    Teraz na jej twarzy widnieje strach. Nie mam bladego pojęcia dlaczego, ale po chwili naga prawda uderza we mnie jak ogromy strumień wody. O Boże, ona się mnie boi. Puszczam jej ramię, które bezwiednie i mocno ściskałem. Nie chcę, żeby się mnie bała. Jestem po prostu zły na nią, bo się nie słucha. Jeśli będzie się mnie bać, to mi nie zaufa, a w naszej sytuacji zaufanie jest teraz najważniejsze.
    Robię głęboki wdech i wydech. Złość powoli ze mnie uchodzi. Czuję się trochę głupio, że przyrodnia siostra się mnie boi. Mimo, że nie przepadam za nią zbytnio, to jednak jest moją przyrodnią siostrą i kocham ją. Na swój sposób, ale kocham. Jestem teraz za nią odpowiedzialny.
- Może po śniadaniu pójdziemy razem się przejść po ogrodach? - proponuję jej to wyjście tylko dlatego, że lepiej jak pójdzie ze mną i się nie zgubi, niż jak pójdzie sama i coś jej się stanie. Przyglądam się uważnie jej reakcji, powoli i nieśmiało się uśmiecha.

niedziela, 27 września 2015

Rozdział 8.

* oczami Charlie * 
   Bardzo miło z jego strony, że powiedział mi dobranoc. Chociaż na tyle było go stać, po naszej jakże długiej konwersacji w której mnie totalnie zjechał. Nie dopytywałam się o nic, bo to bolało. On jest naprawę okropny. Staram się wrócić do normalnego życia po tym głupim wypadku, a on mi w tym nie pomaga. Chciałabym mieć teraz przyjaciółkę do której mogłabym pójść albo chociaż zadzwonić i się wygadać jak bardzo źle się czuje, ale nawet tego nie mogę zrobić. 
   Spoglądam na resztki jedzenia leżące na moim talerzu. Odechciało mi się jeść. Wstaję od stołu i zastanawiam się, czy powinnam zostawić talerz jak Sylvian, czy może zanieść go do kuchni i podziękować Pablo za pyszną kolacje? 
   Ta druga opcja wydaje się lepsza. Biorę więc swój talerz i pusty kubek. Powolnymi i ociężałymi krokami zmierza, do drzwi kuchennych. Otwieram je łokciem. W kuchni jest dziwnie ciemno. Po omacku trafiam na blat i zostawiam tam brudne naczynia. Rozglądam się uważnie po ciemnościach i widzę blade światełko w rogu pomieszczenia. Jest to dosłownie malutka kropeczka. Zaczynam iść w jej stronę. Nagle światełko poruszyło się niespokojnie i znikło, a ja usłyszałam cichy szept. Bardzo mnie to dziwi, więc oczywiście przyspieszam, żeby dowiedzieć się co to było. Zbliżając się do miejsca w którym powinno znajdować się źródło światełka, wystawiam ręce przed siebie i dotykam jakiejś osoby. Krzyk i szybko odwracam się do ucieczki. Niestety, musiałam nadziać się udem na róg blatu, przez co się przewróciłam i wylądowałam na ziemi. Nagle w kuchni zapala się światło. Przymrużam oczy, muszę się przyzwyczaić to tej jasności. Mrugam parę razy i widzę przed sobą kucharza z czymś w ręce. Nachyla się nade mną.
- Nic ci nie jest? - pyta z troską.
    Powoli kręcę przecząco głową, cały czas przyglądając się temu czemuś w jego ręce. Jest to idealnie prosty patyk, długości mniej więcej dwudziestu centymetrów, wykonany z jasnego drewna. Nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że pasuje do niego, że to normalne trzymać patyk. Zupełnie jakbym coś sobie przypominała ze swojego dawnego życia. Nie był to wyraźny obraz w mojej głowie, ale zwykła myśl, że znam tego człowieka i to bardzo dobrze...
    Otrząsam się  z tych rozmyśleń i spoglądam na Pablo.
    Widać, że się zmartwił moim 'małym wypadkiem'. Muszę przyznać, że nieźle sobie przywaliłam i na pewno będzie po tym duży siniak, ale nie chcę na to teraz zwracać uwagi.
    Uśmiecham się.
- Nie, jestem cała.
   Przechylam delikatnie głowę na lewą stronę i wskazuję palcem kijek, który trzyma w ręce.
- Po co to panu?
      Na jego twarz wkrada się zakłopotanie. Przechylam troszkę bardziej głowę i czekam na odpowiedź. Zaczynam się zastanawiać czy to może ten kijek był źródłem kropeczki światła, którą widziałam, ale to było nie możliwe. Patyki przecież nie świecą.
    Jednak coś, jakaś część mnie mówiła: To prawda, on świecił, widziałam!. Postanawiam jednak ją olać.
- Po nic, znalazłem w kuchni na podłodze i właśnie miałem zamiar wyrzucić.
    Uśmiecha się blado, ale ja mu nie wierzę. Wyczuwam jego słabość. Nie umie kłamać, przynajmniej to kłamstwo mu nie wyszło. Przestaję przechylać głowę i zwijać się z bólu. Mam zamiar niewinnie zaatakować go pytaniami.
- A skąd się wzięło to małe światełko które przed chwilą tu widziałam? I czemu światła są zgaszone? A reszta pomocy kuchennej? Rozumiem, że mieszkam tu sama z Sylvianem, ale chyba ktoś jeszcze musi być, tak?
   Moje spojrzenie przewierca go na wylot. Zaczyna się bardzo stresować. Po jego nerwowych ruchach i zakłopotaniu w jakie go wprawiłam, jestem pewna, że nie umie kłamać i szybko się denerwuje. Zupełnie inaczej niż Sylvian...
- Nie mam pojęcia jakie o jakie światełko ci chodzi, ja nic nie widziałem. Światła są zgaszone, bo właśnie miałem zamiar wychodzić z kuchni. Nie ma pomocy kuchennej, ponieważ wspaniale radzę sobie sam.
   Na koniec swojej wypowiedzi uśmiecha się szeroko, chyba myśli, że mnie oszukał, ale nie ma tak łatwo. Wpadam na genialny pomysł.
- Jeśli nie jest panu potrzebny ten kijaszek, to mogę go sobie wziąć?
   W tym momencie jego twarz robi się czerwona jak buraczki, jego wzrok błądzi po pomieszczeniu. Pewnie szuka sensownej wymówki, żebym chociaż tym razem uwierzyła. Nie wiem czemu, ale bardzo zależy mi, aby go zdobyć, a im bardziej Pablo się upiera i kłamie, tym bardziej chcę go mieć.
    Jeśli go zdobędziesz, poznasz prawdę o sobie, przypomnisz sobie wszystko! - po raz kolejny słyszę ten głos i po raz kolejny go olewam. Pewnie przy upadku uderzyłam się w głowę, myślę.
   Czekając na odpowiedź zaczynam zwracać uwagę na szczegóły. Pablo jest wysoki i bardzo szczupły jak na kucharza. Proste blond włosy opadają na jego twarz przysłaniając niebieskie oczy. Muszę przyznać, że jego kości policzkowe są seksowne i to nawet bardzo. Zaczynam się zastanawiać jaki jest. Jakie ma zainteresowania, czy faktycznie jest tak dobrym kucharzem (bo w końcu co to jest ugotować trzy jajka i wyciągnąć ser i szynkę z lodówki). Zastanawiałam się też, ile ma lat. Nie wygląda na wiele starszego ode mnie...
    Z zamyślenia wyrwał mnie jego głos.
- Ja muszę przeprosić, późno już jest. Dobranoc.
   Zanim zdążam cokolwiek powiedzieć, kucharza już nie ma w kuchni. Super, zmarnowałam taką okazje na dowiedzenie się czegoś, wkurzam się na samą siebie. Następnym razem będę musiała bardziej skupić się na rozmowie. Odwracam się do wyjścia i zauważam naczynia, które tu przyniosłam. Zapomniałam mu podziękować za kolacje. Zrobiło mi się troszkę głupio, bo w sumie tylko to miałam zrobić. Wzdycham i kieruję się w stronę drzwi. Wychodzę z kuchni, później z dużej jadalni, wchodzę po schodach na górę i wreszcie otwieram drzwi do pokoju. Biorę pierwszą lepszą piżamę i idę się przebrać, umyć zęby i spać. Jestem wykończona. 

środa, 9 września 2015

Rozdział 7.

* oczami Sylviana * 

   Odprowadzam Pablo wzrokiem do drzwi kuchennych. Sposób w jaki się do mnie odnosił jest naprawdę przyjemny. Oczywiście tylko on wie, że jestem księciem zaczarowanej krainy, więc zwraca się do mnie z należnym szacunkiem. Sam go tu sprowadziłem z pałacu. uznałem, że przyda się ktoś ogarnięty i wtajemniczony. Po za tym po poznaniu ludzi wiem, że uznaliby mnie za wariata jeśli zacząłbym opowiadać o naszym królestwie. Obracam się do stolika i widzę, że to małe irytujące dziecko zaczęło już jeść. Zmiotła dosłownie połowę jedzenia ze stołu i na jej talerzu spoczywa teraz góra jedzenia. Uśmiecham się pod nosem myśląc, jak ona ma zamiar to wszystko zjeść. Odetchnąłem głęboko starając się utrzymać uśmiech na twarzy. Muszę udawać dobrego braciszka. Nie mogę zawieść mojej rodziny. 
   Siadam obok dziewczyny, zastanawiając się co zjeść. Cieszy mnie cisza, która nas otacza. Zero pytań, krzyków i kłamstw z mojej strony. W taki sposób mogę spędzać z nią czas. 
   Rozglądam się po stale, biorę jajko na twardo i nóż, żeby pokroić je w plasterki. Zobaczyłem kontem oka, że Charlie na mnie patrzy. Czuję się przez to niekomfortowo, ale staram się to zignorować. Biorę kromkę chleba i smaruję margaryną, później nakładam na nią sałatę, ser, szynkę i jajko. Ona nadal się na mnie gapi, Czy tak trudno zrozumieć, że jest to bardzo denerwujące? Chciałem w spokoju zjeść kolację, ale jak widać nie jest mi to dane. 
   Widzę jak szykuje się do powiedzenia czegoś, więc szybko biorę gryza kanapki, co jednocześnie uniemożliwia mi rozmawianie z nią. Zauważam, że porusza ustami jak ryba wyjęta z wody. Muszę przyznać, że to jest zabawne.
   Może i nie mogę rzuć tego gryza wiecznie, ale da mi to troszkę czasu na wymyślenie jakiegoś dobrego kłamstwa w które uwierzy. 
- Sylvian? Tak w ogóle to gdzie my jesteśmy?
    Wszędzie ta jej ciekawość! Zamiast cieszyć się, że ma gdzie mieszkać (i to w tak ekskluzywnej willi, na uboczu, z dala od ludzi, w lesie tak jak to zawsze marzyła), to ona musi być taka ciekawska. Może od razu jej powiem skąd jest, kim jest i będziemy mogli razem rozwiązać nasz problem. Nie. Nie po to tyle się trudziłem z usunięciem jej pamięci, żeby teraz się poddać i wszystko zepsuć. Ojciec na mnie liczy i nie mogę go zawieść.
    Połykam jedzenie i wybieram jedną z najlepszych odpowiedzi.
- Jesteś w domu Charlie, czy to tak trudno zauważyć? 
   Mój głos jest oschły. Mam nadzieje ją tym zniechęcić do dalszej rozmowy. W sumie to chyba ją zgasiłem, bo nic nie mówi. Postanawiam wrócić do spożywania mojej pysznej kanapki i zapomnieć o tym, że w ogóle się odezwała, ale ona nie daje za wygraną. 
- Ale gdzie ten dom się znajduje? Chodzi mi o miasto - wzdycha zmęczona. Wpatruje się we mnie, jakby chciała mnie przewiercić tym spojrzeniem, ale ze mną nie ma tak łatwo. Przybieram zirytowany wraz twarzy. 
- Miasto nie jest istotne. Powinnaś się cieszyć, że masz gdzie mieszkać, a teraz pozwolisz, że wrócę do posiłku. 
   Mam dość tego bachora. Może nie zrobiła nic strasznego, szczerze to nic nie zrobiła, ale ta jej ciekawość! Nienawidzę tego ciągłego pytania się.
    Kryję do niej też urazę za wcześniejsze lata. Jak wprowadziłem się z ojcem do zamku myślałem, że będzie fajnie. Rachel była naprawdę miłą i opiekuńczą osobą. Kogoś takiego od zawsze mi brakowało. Ojciec zawsze wymagał ode mnie więcej niż mógłbym mu dać. Mimo to kocham go i wiem, że robił to dla mnie. Dzięki niemu jestem dzisiaj silny i potrafię sobie poradzić z wieloma problemami. A jednym z nich jest ta siedząca na przeciwko mnie, stanowczo zbyt ciekawska i zbyt porywcza, młodsza siostrzyczka. Jednak po kilku dniach okazało się, że to wcale nie jest taka sielanka. Siostra może i była ode mnie młodsza o te 3 lata, ale też bardziej utalentowana. Musiałem wszystko nadrabiać i cały czas uczyć się tańca, śpiewu i malarstwa. To było bardzo męczące, bo nienawidzę takiego czegoś. W ogóle na co mi było coś takiego? Nie miałem czasu na zabawę ze starymi kolegami i na robienie rzeczy które są bardziej męskie. Dopiero po dwóch latach męczarni, gdy już wszystko umiałem, zacząłem zajmować się ciekawszymi rzeczami, takimi jak łucznictwo czy wyprawy na Ziemię. Teraz na szczęście wszystko się zmieniło, nasze role się odwróciły. Teraz to ja jestem silniejszy. Musi się mnie słuchać.
   Skończyłem posiłek i wstaję od stołu kierując się w stronę drzwi. W ostatnich chwili, gdy moja ręka spoczywa już na klamce, przypominam sobie o graniu dobrego braciszka, co w sumie nie wyszło mi najlepiej przed chwilą. 
- Dobranoc - mówię.
Dziewczyna spogląda się do mnie,  a na jej twarzy widnieje przyjazny uśmiech. 
- Dobranoc - odpowiada z za dużym entuzjazmem.
   Otwiera drzwi i wychodzę.

sobota, 1 sierpnia 2015

Rozdział 6.

*oczami Charlie*
    Ubieram się szybko w dżinsy i kolorową koszulkę. Na nogi wsuwam szare kapcie. 
    Schodzę na dół i w widzę Sylviana czekającego na mnie przy drzwiach. Gdy mnie zauważa, na jego twarzy pojawia się lekki grymas. Po raz kolejny boli mnie jego zachowanie. Zeskakuję z ostatniego stopnia i podchodzę do niego.
- To gdzie teraz? - mam nadzieję, że gdzieś pojedziemy i będę mogła zobaczyć okolice. Bardzo chciałabym się dowiedzieć, gdzie się znajduję i może poznać nowych przyjaciół.
- Pójdziemy do jadalni, a Pablo, nasz kucharz, powie co dzisiaj dobrego mamy na kolacje.
   Jego odpowiedź mnie zawodzi, ale nie tracę nadziei. Ruszam wolnym krokiem za Sylvianem i rozglądam się. Na ścianach wiszą piękne i ogromne obrazy. Korytarz jest bardzo długi, a jednak już dostrzegam ogromne białe drzwi na jego końcu. Moja ciekawość znów zwycięża i przyspieszam, żeby jak najszybciej się tam znaleźć. Mam nadzieje, że to pomieszczenie będzie równie niesamowite jak mój pokój i łazienka.
   Sylvian staje przed drzwiami i otwiera je przepuszczając mnie. Idę może trzy kroki i po raz kolejny dzisiaj staję jak wryta.
   Jest to wielkie pomieszczenie z masą krzeseł i stolików. Zupełnie jakby na jakieś bale czy coś takiego, myślę. Tylko jeden stolik na środku jest nakryty. Pewnie dla nas. Patrzę na sufit. Wiszą na nim piękne kryształowe żyrandole. Panuje półmrok, przez wielkie okna wpadają resztki światła słonecznego. Słyszę jak drzwi się zamykają, a Sylvian staje za mną.
- Niesamowite prawda? - patrzy się na mnie za pewne oczekując odpowiedzi. Zastanawiam się czy zwykłe powiedzenie "tak" nie będzie za mało entuzjastyczne. Dlatego uśmiechnęłam się szeroko, rozłożyłam ręce i zaczęłam biec slalomem między stołami.
- Tak! - teraz czuje, że przekazałam mu całe moje emocje. Dobiegam do stolika i czekam na mojego wolnego brata. Na stole widzę małe, słodziutkie kanapeczki, jajecznicę, jajka na miękko i twardo. Można też było zrobić samemu kanapkę, osobno był chleb, margaryna, różne rodzaje szynek i serów. Do picia była ciepła herbata. Mój brzuch już wyczuł zapach jedzenia i dał o sobie znać, domagając się tych pyszności.
- Ktoś tu jest głodny - słyszę nieznajomy głos dobiegający zza moich pleców. Odwracam się i widzę wysokiego mężczyznę z lekką siwizną na włosach. Jest ubrany w biały fartuch kucharski i kucharską czapkę. Z szerokim uśmiechem na twarzy poodchodzi do stolika przy którym siedzimy.
- No no, czy przygotować coś na zamówienie, Sylvianie? - pyta mojego brata z wyraźnym szacunkiem w głosie. Spoglądam na Sylviana. Podoba mu się to. Ciekawe, czy jak jakbym się do niego tak zwracała, to byłby milszy. 
- Nie, dziękuję Pablo. Wszystko wygląda wspaniale i na pewno też tak smakuje.- posyła kucharzowi ciepły uśmiech. Nie wierzę własnym oczom. Czy on naprawdę jest miły dla kucharza? Troszkę mnie to boli i czuję lekkie ukłucie w sercu, ale cóż może teraz wszystko się zmieni i znów będzie dla mnie miły. Może to było chwilowe załamanie.
  Wtedy przy drzwiach mnie przeprosił i widziałam, że żałuje tego co zrobił. Mam nadzieję, że teraz wszystko będzie dobrze.
 Odrywam się na chwilę od myśli i siadam do stołu. Kucharz odchodzi, a Sylvian się dziwnie uśmiecha. Nakładam sobie na talerz wszystko, co jest w zasięgu moich rąk, olewając go. Sylvian jeszcze nie zdążył usiąść, a ja już pożerałam pierwszą niewinną kanapkę, która zresztą ledwo mieści mi się w ustach. Piękny dzień

A na koniec kilka informacji:

  1. Ostatni szósty rozdział był żartem z okazji Prima Aprilis, ale nikt się nie nabrał. A szkoda. 
  2. Wyobraźcie sobie, że razem z Oliwią zapomniałyśmy o tym blogu. HAHAHAHAHAHAHAHAH nie mam pojęcia jakim cudem, ale po prostu zapomniałyśmy o jego istnieniu xD

Tak czy inaczej,

WRACAMY Z NOWYM ROZDZIAŁEM I PROSIMY O CIERPLIWOŚĆ !!!

Z powodu nadchodzącego roku szkolnego, nie wiem co ile będziemy dodawać coś nowego. Dlatego właśnie prosimy Was, drodzy czytelnicy, żebyście to zrozumieli.

Komentujcie i dawajcie nam swoje pomysły :D

sobota, 30 maja 2015

Rozdział 5.

* oczami Sylviana*

       Wybiegam z pokoju, nie zwracając uwagi na jej zdziwioną minę. Nie chodzi mi nawet o jej bezpieczeństwo, a o plan, który zaraz może pierun grzmotnąć jak na czas nie dobiegnę do furtki. Nie myślę o przyrodniej siostrze, nie na niej mi zależy, a na ojcu, którego zawiodę. Matka nie wybaczy mi jak cokolwiek jej się stanie, ale zdaję sobie z tego sprawę.
   Biegnę ścieżką, którą szliśmy wcześniej z Charlie. Słyszę głos mężczyzny.
- Och, skarbie już nie pamiętam, który to kluczyk.
    Dobrze, że zmieniłem zamek, myślę, bo mogło być za późno. Skręcam w boczną alejkę, żeby mnie nie zobaczył. W biegu wyciągam różdżkę zza paska. Nie jest to łatwe, bo te spodnie nie są przystosowane do jej noszenia.
    Zwalniam kroku i kucam za jakimś krzakiem, zza którego mam dobry widok na bramkę. Widzę faceta w średnim wieku, w białym graniaku i czarnych ray ban'ach. Podchodzi do niego wysoka blondynka w krótkiej (bardzo, ale to bardzo krótkiej), obcisłej (bardzo, ale to bardzo obcisłej), czerwonej sukience. Całuje go.
    Podnoszę różdżkę i szepczę do niej "Alindo". Jej koniec zaczyna świecić delikatnym różem. Przykładam go do ust i mówię:
- Kotku, nie przejmuj się tym. Jedźmy do hotelu.
   W tym samym momencie, gdy to mówię, mój głos nie wydobywa się z mojego gardła. Jest zmieniony, brzmi tak samo jak tej kobiety i wydobywa się z jej ust.
    Mężczyzna odkleja się od kobiety, podchodzi do samochodu i otwiera jej drzwi. Ona wsiada na siedzenie obok kierowcy, a on zamyka za nią drzwi. Sam obchodzi samochód i wsiada za kierownicę. Odjeżdżają.
    Odliczam do trzydziestu i dmucham w różdżkę, tak jakbym chciał zdmuchnąć świeczkę. Zaklęcie przestaje działać. Wstaję i przez chwilę się chwieję, bo nogi mi ścierpły od kucania.
    Zboczeniec, myślę, trzy dni temu był tu z inną. Poza tym, jak tak dalej pójdzie, to będę musiał mu wyczyścić pamięć i zapomni o tym miejscu. Nie chciałbym, żeby Charlie się na niego natknęła, bo zaczną się pytania.
    Podchodzę do bramy.
- Felix - snob jasnoniebieskiego światła leci na kłódkę. Gotowe. Zaklęcie odnowione.
    Odwracam się i idę w stronę dworku, ale postanawiam nie wracać tam jeszcze. Niech Charlie robi sobie co tam chce, byleby tylko nie chodziła do lasu. Co prawda to teren naszego domu, ale wolałbym nie szukać jej w nocy między drzewami. Czasami się to zdarzało w naszym prawdziwym domu, ale trzeba przyznać, że z oddziałem gwardzistów byłoby o wiele łatwiej niż samemu. W końcu "Co dwie różdżki, to nie jedna".
    Idę ścieżką prowadzącą, do willi, mijam ją i kieruję się w stronę lasu. Po piętnastu minutach dochodzę do celu - małego wodospadu, mierzącego około dziesięć metrów wysokości. Obok znajdują się schody z kamienia, po których można wejść na górę kaskady. Prawdopodobnie zbudował  je dawny właściciel, ponieważ w jego pamiętnikach znalazłem krótką wzmiankę o "miejscu, w którym dzieci uwielbiają się kąpać urządzać pikniki". Jestem prawie pewny, że chodziło o to miejsce.
    Chciałbym zobaczyć co znajduje się na górze, tak więc postanawiam tam wejść. Mój plan psuje jednak czarny kruk., który ni z tego, ni z owego nagle ląduje kilka stopni wyżej ode mnie. Niby niewinnie siedzi i patrzy na mnie. Ze zdenerwowaniem spoglądam na zegarek. Nie pika, nie wibruje i nie świeci, czyli wszystko jest w jak najlepszym porządku. Jednak pomimo tego, ogarnia mnie niepokój. Skądś, nie wiem skąd, kojarzę tego ptaka. Z drugiej strony jest to niemożliwe, bo przecież nie różni się on niczym od innych ptaków, które mijaliśmy z Charlie pod drodze do posiadłości. Poza tym, wtedy nie ogarniało mnie takie uczucie. Chyba zaczynam wariować, myślę i kieruję się z powrotem do domu. Zbiegam po krzywych schodkach i prawie z nich spadam, cały czas myśląc o ptaku. Wykąpię się i poudaję kochanego brata. Może wtedy się ogarnę.
    Wracam starając się już nie myśleć o kruku. Nie oglądam się również za siebie, więc nie mogę wiedzieć, że jego oczy zalśniły czerwienią, a sam ptak odleciał w przeciwnym kierunku, łopocząc przy tym skrzydłami i wydając donośne krzyki. jakby kogoś wołał...

 Wchodzę do pokoju Charlie bez pukania, rozglądam się po małym pomieszczeniu szukając jej. Lekko spanikowany, że może wyszła z domu podchodzę do drzwi łazienki. Przystawiam do nich ucho. Nic nie słyszę, ale dla pewności zapukam może jednak tam siedzi.
- Żyjesz?
W tym samym momencie słyszę ruszającą się wodę w wannie. Po jakiś dwóch minutach w drzwiach staje moja przyrodnia siostra owinięta ręcznikiem.
- Tak, coś się stało? - na jej twarzy pojawia się ta ciekawość. Ta cholerna ciekawość, nie wiem po kim ona to odziedziczyła, ale zaczyna mnie to irytować. Biorę głęboki oddech i staram się odpowiedzieć nie okazując przy tym żadnych uczuć.
- Nie, przyjdę po Ciebie za 30 minut. Zjemy razem kolacje. - patrzę na jej twarz oczekując szybkiej odpowiedzi. Najlepiej bez zbędnych pytań, bo nie mam zamiaru spędzić tutaj tych 30 minut.
 Ona na szczęście tylko się uśmiechnęła i pokiwała głową, że się zgadza. Uznałem, że nie ma konieczności kontynuowania tej rozmowy więc odwróciłem się i wyszedłem.

poniedziałek, 25 maja 2015

Rozdział 4.

   Wchodzimy po schodach na pierwsze piętro. Sylvian szybkim krokiem skręca w prawo i idzie na sam koniec długiego korytarza. Tam widzę dość małe, białe drzwi. Stajemy przed nimi i brat odwraca się do mnie z uśmiechem. Na jego twarzy nie widać żadnych uczuć po wcześniejszej kłótni, ale w oczach nadal widzę ból.
- Twój nowy pokój - odsuwa się i czeka, aż otworzę drzwi. Boję się, bo tak na prawdę nie mam pojęcia co może mnie tam spotkać. Zamykam oczy i robię pare kroków do przodu. Chwytam za okrągłą klamkę i przekręcam w lewo. Czuję przez zamknięte powieki jak światło próbuje dostać się do moich oczu.
  Otwieram je i zamieram w bezruchu.
  Znajduję się w małym pokoiku z łóżkiem pod wielkim oknem i dużą szafą wbudowaną w ścianie. Obok łóżka wisi mała tablica korkowa z kolorowymi karteczkami do zapiskówv i drobnymi ozdobami, a obok niej toaletka z mnóstwem biżuterii. Z drugiej strony pokoju widzę piękny obraz, przedstawiający rzekę w lesie. Może to ta rzeka, którą słyszałam na dworze?, myślę.
    Podchodzę do szafy i ją otwieram. Jest ona koloru kasztanowego, w środku wiszą sukienki, spodnie, bluzy. Bluzki leżały ładnie poskładane w kostkę kolorami. Na dole szafy widzę pełno butów. Nie pamiętałam żebym miała taką ilość ciuchów. Co ja gadam. Nie pamiętam nic.
    Odwracam się, do sufitu nad łóżkiem są przypięte kolorowe lampki. Drobne, ale mam nadzieję, że będą świecić mocno, jednocześnie starczając na oświetlenie całego pomieszczenia, ponieważ nie ma tu żadnej innej lampy.
    Idę pare kroków do przodu i siadam na brzegu łóżka. Biała pościel jest milutka i miękka w dotyku. Czuję jak moje ciało się w niej zapada. Podchodzę do okna i widzę nasze podwórko. Po prawej ogród i kawałek sadu, a po prawej las. Słońce chowa się tam już za wysokie i dalekie drzewa. Kiedyś tam pójdę, myślę o tym widząc całe to piękno. Zaczyna we mnie narastać ciepło. Przypomina mi się, że jak byłam mała zawsze marzyłam o czymś podobnym, że zawsze chciałam coś małego, przytulnego i tylko mojego. Nie byłam normalnym dzieckiem marzącym o wielkich komnatach i byciu kimś, tylko właśnie o tym. Chciałam wiedzieć jaki był mój pokój w starym mieszkaniu, ale coś w środku mnie podpowiadało, żebym lepiej nie pytała.
   Schodzę z łóżka i podchodzę do braciszka. Spoglądam w jego zmęczone oczy i mocno go tulę.
- Dziękuję - szepczę. Chyba nie spodziewał się tego. Po upływie paru sekund odwzajemnia uścisk. Bardzo mnie to cieszy, mógłby być taki zawsze.
   Nagle coś pika. Wzdrygam się. Sylvian się odsuwa. Na jego twarzy nie ma uśmiechu ani radości jaka była kilka minut temu, gdy weszliśmy do mojego nowego pokoju. Teraz jego oczy emanują złością, strachem i nienawiścią. Martwi mnie to, bo przecież to tylko zegarek. Ale może to pikanie oznacza że...że ludzie z Domu Dziecka po mnie przyszli? Patrzę na niego, szybko spogląda na zegarek i wyłącza pikanie. Uspokaja mnie to, przecież to tylko zegarek.
- Tam masz łazienkę. Znajdziesz w niej wszystkie potrzebne rzeczy. Ja muszę iść, przyjdę później - nie zdążam powiedzieć nawet słowa, bo on już jest w połowie korytarza. Biegnie jak poparzony, a ja stoję jak wryta i nie wiedząc co to miało znaczyć.
   Zapytam go o to później jak i o całą resztę, myślę, teraz znajdę jakieś ubranie w szafie i pójdę zwiedzić łazienkę. 

   Drzwi od łazienki są troszkę większe od tych w moim pokoju. Jestem bardzo ciekawa co tam może się skrywać.
    Zamykam oczy tak jak poprzednio. Uczucie przy wejściu do pomieszczenia jest podobne. Otwieram oczy i nie mogę uwierzyć. To, co widzę, jest jeszcze bardziej niesamowite. Łazienka jest bardzo przytulna.Podgrzewana podłoga, dzięki czemu moje stópki się cieszą. Poduszeczki na środku są mięciutkie i miłe w dotyku. Świeczki, leżące na blacie po lewej dodają nastroju, a podświetlana ściana jest po prostu wspaniała. Prysznic, znajdujący się w kącie po prawej, posiada wiele opcji i różnych dziwnych wynalazków. Zostawiam to, bojąc się, że jeszcze coś popsuję. Podchodzę do wanny i odkręcam wodę. Odwracam się i widzę w lusterku niewyspaną, potarganą i zmęczoną dziewczynę. Muszę się odświeżyć i porządnie wyspać, myślę.  
    Po chwili leżę odprężona w wannie i zamykam oczy. Moja wyobraźnia ponosi mnie do innej krainy. Nie wiem czasu siedzę już w wannie, ale w pewnej chwili słyszę pukanie do drzwi.

poniedziałek, 16 marca 2015

Rozdział 3.

    Wchodzimy do domu. Gdy widzę wnętrze, z wrażenia nie mogę nic powiedzieć, ani się ruszyć. Nie spodziewałam się czegoś tak pięknego. Owszem, na zewnątrz wszystko wygląda super, ale w środku jest jeszcze lepiej!
    Pomieszczenie w którym się znajdujemy jest tak duże, jak połowa boiska, które mijaliśmy po drodze. Wysokie na dwa piętra i pomalowane na biało sprawia wrażenie eleganckiego, a co się za tym wiąże - od razu skojarzyło mi się z kimś bogatym, ale z kim? Nikogo takiego chyba nie znaliśmy. Czemu akurat jesteśmy w takim "pałacu", a nie zwykłym domku?...
    Po środku znajdują się schody z marmuru, prowadzące na drugie piętro. Ich balustrady są pięknie ozdobione. Z sufitu zwisa ogromny żyrandol, z chyba setką żarówek, wygląda na szklany. Byle podmuch wiatru może go strącić i rozbić na miliony drobnych kawałków. Na prawo od schodów widzę ogromną kanapę, dwa fotele i stolik. Przy ścianie znajduje się kominek. Na lewo widzę przejście prawdopodobnie do kuchni, ponieważ czuję stamtąd przyjemny zapach domowego jedzenia.
    Zerkam na Sylviana. Ten klęczy przed kominkiem i próbuje rozpalić w nim ogień.
- Co to za miejsce? - pytam idąc powoli w jego stronę.
- Dworek jakiegoś bogatego faceta. Przyjeżdża tu tylko na wakacje, ale w tym roku wyjechał wcześniej - odpowiedział nawet nie odwracając się do mnie, cały czas grzebiąc w kominku.
- Tooo... dlaczego przyszliśmy tu, zamiast iść do mieszkania w którym mieliśmy mieszkać z rodzicami? Przecież mówiłeś, że to w centrum miasta...
- Dlatego, żeby nie być wysłanym do Domu Dziecka - przerwał mi brat i spojrzał na mnie drwiąco. - No, przynajmniej, żeby Ciebie tam nie wysłali - powiedział z drwiącym uśmieszkiem i odwrócił się do kominka, w którym teraz palił się ogień. Nie znosi mnie. To jest pewne. Ale dlaczego? Nic mu nie zrobiłam.
- Czemu tak na mnie warczysz? - zapytałam czując narastającą gulę w gardle i coraz szybciej mrugając powiekami. - Co ja Ci takiego zrobiłam, że aż tak mnie nienawidzisz?! - wykrzykuję, gdy Sylvian wstaje i robi kilka kroków w moją stronę. Zaczynam się bać... - Wiesz co? Może lepiej, żeby mnie wysłali do tego Domu Dziecka. Przynajmniej nie musiałabym słuchać Twoich rozkazów! - krzyczę przypominając sobie nagle jego słowa, które wypowiedział tuż przed naszym wejściem do domu. "Ale nie wolno Ci tam chodzić" - chodziło oczywiście o rzekę. Mam zamiar wyjść z domu i się przejść, żeby ochłonąć, ale gdy tylko się odwracam, Sylvian łapie mnie za rękę.
- Nigdzie nie pójdziesz - znów warczy. - Uwierz mi, najchętniej bym się Ciebie pozbył, gdyby nie fakt, że obiecałem twojej matce, że się Tobą zajmę.
- Kłamiesz! A niby jak miałeś jej coś obiecać, skoro zginęła na miejscu! - krzyczę coraz bardziej zdenerwowana. O czym on mówi? Jaka do cholery obietnica?! Nie mógł złożyć żadnej obietnicy.
   Wyrywam się z uścisku i biegnę do drzwi, ale te za cholerę nie chcą się otworzyć. Były zamnkięte. Odwracam się, aby poszukać innego wyjścia, ale Sylvian łapie mnie mocno za nadgarstki i przyciska do drzwi. Nie wyrywam się, bo się go boję. Był przerażający. Miejsce, w którym mnie trzyma zaczyna boleć tak bardzo, że z trudem powstrzymuję się od płaczu. Tylko nie becz, myślę, tylko nie becz. Zamykam oczy, aby się uspokoić, ale to nic nie daje. Czuję, że po policzkach spływają mi łzy, więc otwieram oczy i już nie powstrzymuję łez. Teraz powstał z nich wodospad. Czuję się słaba i pokonana. Jakby ktoś starszy zabrał mi lizaka i go sobie zjadł.
     Podnoszę głowę, by spojrzeć na Sylviana. W jego błękitnych oczach dostrzegam błysk. Jego mina nie wyraża już takiej nienawiści jak przed chwilą. Teraz jakby naprawdę zrobiło mu się żal mnie. Uścisk na nadgarstkach powoli maleje, ale brata nadal mnie za nie delikatnie trzyma. No, to mam na Ciebie haka - wystarczy, że się rozpłaczę i już będziesz milszy. Może w taki sposób zdobędę jego szacunek, jeśli to w ogóle jest realne.
- Przepraszam - mamrocze, gdy spuszczam głowę by odetchnąć. - Nie powinienem były tak na Ciebie wrzeszczeć - mówi ochrypłym głosem, więc odchrząkuje. - Przepraszam - powtarza i puszcza moje nadgarstki, ale nie odsuwa się.
     Podnoszę głowę. Sylvian patrzy na mnie z góry, bo jest ode mnie wyższy, ale zdecydowanie inaczej niż przedtem. Teraz na jego twarzy wyraźnie maluje się troska, czułość i ból, prawdopodobnie z powodu naszej kłótni. Teraz czuję się przez niego kochana. Otacza mnie swoją opieką. Moje poczucie winy znika.
      Lekko się uśmiecham, ale on nie odwzajemnia tego. Nadal patrzy na mnie ze skruchą. Biorę wdech i mówię patrząc mu prosto w oczy :
- Nic nie szkodzi. No może trochę, ale ja też nie powinnam tak na Ciebie krzyczeć. Po prostu nie rozumiem, dlaczego tak mnie nie znosisz... - po policzku spłynęła mi kolejna łza. Sylvian ociera ją opuszkiem palca.
     Patrzy mi prosto w oczy, a po chwili robi coś, czego jeszcze parę minut temu bym się nie spodziewała - przytula mnie.
     Odwzajemniam ten gest mając nadzieję, że to koniec kłótni. Przynajmniej na jakiś czas. Było mi bardzo miło na serduszku. Chciałabym, żeby tak już zostało. Bezpieczna z bratem w jakimś wielkim domu. Teraz wiem, że te wszystkie krzyki i kłótnie były spowodowane jego troską. Na prawdę nie chciał, żebym była w tym Domu Dziecka. Ulżyło mi.
     Sylvian odsunął się, widzę, że ma lekko zaszklone oczy.
- Chodź pokaże ci twój pokój - mówi opanowanym głosem. Niestety nie można powiedzieć tego o oczach, które były bardzo szkliste.

wtorek, 10 marca 2015

Rozdział 2.

   - Zrobimy jeszcze kilka badań i będziesz mogła wracać do domu - usłyszałam kilka godzin temu. Nadal leżę na łóżku, w tej samej sali. Sylvian wyszedł gdzieś jakiś czas temu. Przez ten czas przypomniało mi się, jak nazywa się woreczek z dziwnym płynem. To kroplówka. Nie przepadam za kroplówkami. Czuję jak płyn wlatuje do moich żył i rozchodzi się po moim ciele. Nadal jednak nie mogę sobie przypomnieć jak nazywa się to urządzenie z dziwnymi kreskami. Muszę zapytać o to doktora, jak przyjdzie do mnie następnym razem, pomyślałam.
    Sylvian opowiedział mi (zanim wyszedł) co się stało. Nasi rodzice i ja mieliśmy wypadek. Przeżyłam tylko ja. Mojego przyrodniego brata nie było w samochodzie - czekał na nas w nowym mieszkaniu. Kiedy powiedziałam mu o zamazanej twarzy, którą widziałam, ten uznał, że pewnie zobaczyłam ratownika medycznego przed tym jak straciłam przytomność. Miałam przeczucie, że się mylił. Ta twarz była taka znajoma!
   Zastanawiam się również co spowodowało wypadek. Sylvian powiedział mi, że prawdopodobnie jakieś zwierzę wyskoczyło nam na drogę, gdy jechaliśmy przez las na obrzeżach miasta. Jakoś nie bardzo chce mi się w to wierzyć, bo powiedział mi to z taką łatwością, jakby opowiadał o otwarciu jakiegoś nowego sklepu w centrum handlowym. Cała ta sytuacja jest przerażająca, a on mówi to z taką łatwością! Trudno mi w to uwierzyć.
    Od kilku godzin leżę i gapię się w sufit, co zaczyna mi się nudzić. No bo ile można?!
    Z zamyślenia wyrywa mnie głos lekarza, doktora Franka :
- Zabierzemy Cie teraz na ostatnie badania i jeśli wyniki wyjdą poprawnie, będziesz mogła wrócić do domu - mówi podchodząc do mojego łóżka.
- Gdziekolwiek on jest - mruczę pod nosem przypominając sobie, że nie zapytałam Sylviana gdzie jesteśmy.
    Zamykam oczy i podczas badania staram się nie myśleć o tej jednej sprawie, która od jakiegoś czasu nie daje mi spokoju. Skoro rodzice Sylviana, jak i moi, zginęli w wypadku, to znaczy, że nie mam opiekunów prawnych, a to znaczy, że zostanę wysłana do domu dziecka. Nie no super. Nie dość, że straciłam najważniejsze osoby w moim życiu to pewnie potraktują mnie jak zwierzę. Jak dobrze, że Sylvian jest przy mnie, myślę
   Po badaniu ląduję z powrotem w swojej sali. Pielęgniarka wyszła, więc znowu jestem sama. I sama nudziłam się, leżąc i czekając na wyniki.
   Po pewnym czasie, gdy sufit znudził mi się na tyle by wyjść do łazienki, słyszę odgłos otwieranych drzwi. Mając nadzieję, że to mój przyrodni brat, czuję ukłucie zawodu - to pielęgniarka wróciła.
- Dokąd się wybierasz?  - pyta.
- Do ubikacji - odpowiadam jak najbardziej szczerze. - Spokojnie, trafię sama - dodaję widząc, że ma zamiar pójść ze mną.
    Nie mam ochoty na niczyje towarzystwo. No może Sylviana, który wydawał się bardzo miły, ale nigdzie nie mogę go znaleźć. Może poszedł załatwiać jakieś sprawy związane z domem dziecka albo pogrzebem.
   Wchodzę do damskiej toalety i podchodzę do lustra. Dostrzegam to samo odbicie, które widziałam kilka godzin temu: ciemne, brązowe włosy ułożone w splątane loki opadają mi wzdłuż ciała i sięgają połowy pleców; oczy tego samego koloru, ale znacznie jaśniejsze, wydają się zmęczone i jakby pozbawione blasku. Mam na sobie jakieś długie, granatowe spodnie i kremową koszulkę z krótkim rękawem. Na nogach trampki.
   Po załatwieniu swojej potrzeby wracam do sali. Siedzi w niej Sylvian, wyraźnie zaniepokojony moją nieobecnością. Kiedy wchodzę do pomieszczenia, podnosi się z krzesła, rzuca mi za dużą bluzę i mówi:
- Ubieraj się, idziemy. Tylko szybko - po czym mija mnie i wychodzi szczelnie zamykając za sobą drzwi.
   Przez chwilę stoję jak otępiała, ale po chwili TO do mnie dociera. TO, jaki był oschły, wrogo nastawiony i w ogóle zupełnie inny niż przedtem. A może on się wcale mną nie przejmuje? Jest przecież pełnoletni, może żyć bez rodziców, a mnie zostawić w domu dziecka i mieć gdzieś. Ale z drugiej strony to mój brat... Może i przyrodni, ale w końcu brat. Co nie?...
  Myśli latają wokół mnie jak szalone. Zaczyna mnie przez to boleć głowa. Łapię się za skronie, zapominając o trzymanej w rękach bluzie, która upada na podłogę. W tym momencie drzwi sali otwierają się po raz kolejny. Odwracam się i widzę w nich złego Sylviana. Przestraszyłam się go.
- Idziesz czy wolisz tu zostać? - warczy na mnie po czym zamyka drzwi i odchodzi.
   Dobra, czas iść, bo serio mnie tu zostawi, myślę schylając się po bluzę. A o to chamskie zachowanie mogę wypytać go później. Może coś poszło nie tak z innymi sprawami i to jest przelotne.
  Wychodzę z pomieszczenia ostatni raz rzucając okiem na łóżko. No, myślę, to by było na tyle. Ubieram bluzę i od razu podwijam rękawy, które są stanowczo za długie.

*   *   *

     Idziemy przez jakiś park. Ledwo nadążam za Sylvianem, bo co chwilę mijają nas ludzie z psami, które biegają, skaczą i chcą się ze mną bawić. Mógłby zwolnić i zacząć zwracać na mnie uwagę.
- Nie oglądaj się tak, bo to dziwnie wygląda - brat rzuca do mnie przez ramię, gdy chwilę temu zagapiłam się na jakiegoś starszego pana jadącego na czymś, co widziałam pierwszy raz w życiu: dwóch kółkach połączonych ze sobą rurkami. W wyniku tego potknęłam się, co wywołało śmiech wśród jakiejś grupki dzieciaków, może w moim wieku, siedzących nieopodal na ławce. Czułam się głupio, bo przecież każdemu może zdarzyć się potknąć.
   Nie zwracając na nich uwagi posłusznie odwracam głowę i podbiegam do swojego przyrodniego brata.
- To gdzie idziemy? - pytam z chyba przesadnym entuzjazmem, ale mało mnie to obchodziło.
- Dowiesz się jak dojdziemy - słyszę w odpowiedzi.
    Co on taki tajemniczy?, myślę. Tak samo się zachował, gdy zapytałam go jakim cudem tak łatwo nas wypuścili ze szpitala. Przecież lekarz nawet nie poinformował mnie o wynikach ostatnich badań. Miałam wyjść dopiero po dobrych wynikach, a nie kiedy braciszek po mnie przyjdzie. Robiło się to podejrzane. Może gdyby mi odpowiedział na pytania nie miałabym żadnych wątpliwości.
    Po trzydziestu minutach spaceru po parku, a potem po obrzeżach miasta, wchodzimy w wąską uliczkę. Z obu jej stron rosną wysokie na kilkadziesiąt metrów drzewa, dziki czemu tworzą nad nami baldachim.
    Po piętnastu minutach znajdujemy pod domem. Jeśli można go tak nazwać.
    Budynek ma dwa piętra i strych. Jest cały biały z licznymi oknami i ozdobami, porośnięty fioletowymi kwiatkami, co daje oszałamiający efekt. Do drzwi wejściowych wchodzi się po szerokich, marmurowych schodach.
   Rozglądam się w około. Widzę pełno drzew, takich, jakie otaczały nas odkąd kwadrans temu weszliśmy w las.  Ptaki ćwierkają gdzieś na gałęziach, a w oddali słychać szum, jakby płynącej rzeki. Czy to jest nasz nowy dom...?
- Skąd pochodzi ten szum? - pyta, odwracając się do Sylviana, który stoi u dołu schodów opierając się o balustradę i przyglądam mu się uważnie. Tak na prawdę dopiero teraz zwracam uwagę na jego wygląd. Ubrany jest w czarną, luźną koszulkę i spodnie tego samego koloru. Jego jasno brązowe włosy są delikatnie rozdmuchiwane przez wiatr. Gdyby nie fakt, że jego błękitne oczy spoglądają na mnie z niezadowoleniem i pogardą, pomyślałabym, że naprawdę jest w porządku. Widać, że jednak tylko udawał, wtedy w szpitalu.
- Kawałek stąd jest rzeka - opowiada mi oschle. Początkowo nie wiedziałam o co mu chodzi, ale po chwili oprzytomniałam i znowu usłyszałam szum wody. - Ale nie wolno Ci tam chodzić - dodaje chłodnym głosem. Chciałabym, żeby znów był miły. Czuję się winna i nie komfortowo, gdy tak się zachowuje.
- Dlaczego? -  pytam chrypiącym głosem, bo czuję jakbym miała się rozpłakać.
- Bo tak powiedziałem. Chodź, pokaże Ci Twój pokój - mówi odwracając się i wchodzi po schodach.
      Podążam za nim, ale myślami jestem zupełnie gdzie indziej. Kiedyś tam pójdę, mówię sobie, to nie może być daleko, skoro dobrze słyszę szum. I nie obchodzi mnie co on ma w tej sprawie do powiedzenia.
     Czuję łzy w oczach, ale szybko je powstrzymuję. Boli mnie jego zachowanie.

piątek, 6 marca 2015

Rozdział 1.

    Słyszę czyjś głos. Rozpoznaję w nim Sylviana, mojego przyrodniego brata. Próbuję  sobie przypomnieć co się stało, ale bez skutku...Widzę jedynie jakieś prześwity. Moje myśli wypełnia krew, rozbite szkło i wrak samochodu. Usiłuję dalej zagłębić się w bezdenne czeluści mojego umysłu, ale w tym momencie moje wspomnienia stają się zamazane. Widzę rysy czyjejś twarzy. Skądś ją znam, ale nie mogę skojarzyć skąd, bo jest strasznie zamazana.
   Próbuję wstać, ale moje ciało mi nie pozwala. Nie mogę się poruszyć, nie czuję żadnej kończyny.
- Leż spokojnie, to lek uspokajający. Za kilkanaście minut powinno Ci przejść. - mówi do mnie mężczyzna w białym fartuchu, z przypiętą plakietką, na której widniał jakiś napis, ale nie mogę go rozczytać, bo obraz nadal mi się rozmazuje.
   Zamykam oczy i próbuję pomyśleć co się dzieje na około. Słyszę pikanie maszyny, która znajduje się po lewej stronie łóżka. Odzyskuję władzę nad ciałem. Powoli otwieram oczy. Spoglądam w stronę maszyny. Nie wiem do czego służy, widnieją na niej różne dziwne kreski, które co chwilę się zmieniają. Odwracam głowę. Po prawej stronie widzę stojak, a do niego przypięty woreczek z jakimś dziwnym płynem, który jest poprowadzony do mojego prawego przedramienia. W około mojego łóżka jest mnóstwo rurek, prowadzących z różnych maszyn do mojego ciała.
   Usłyszałam przed chwilą Sylviana, próbuję wymówić jego imię. Chcę go zawołać, ale mam tak sucho w gardle, że nie mogę nic powiedzieć. Postanawiam wstać, żeby do niego podejść. Powoli podnoszę głowę i siadam na łóżku. Zaczyna mi się bardzo kręcić w głowie i przechylam się w bok. On łapie mnie w ostatniej chwili. Znów chcę coś powiedzieć, otwieram usta, ale żaden dźwięk nie wydostaje się z mojego gardła. Sylvian uśmiecha się i głaska mnie po głowie.
- Mógłby pan podać wodę? Charlie ma sucho w gardle.
   Facet w białym fartuchu podaje Sylvianowi szklankę z wodą ze stolika po drugiej stronie. Ten podsuwa ją pod moje spierzchnięte usta.
- Tylko powoli i małymi łyczkami. - mówi łagodnym i uspokajającym głosem.
   Odsuwa szklankę, a ja czuję ogromną ulgę. Jakby oddał mi mój głos.
- Co się stało? - nie jestem do końca pewna, czy chcę wiedzieć, no ale jakoś musiałam się tu znaleźć, a moja wrodzona ciekawość kazała mi zadać to pytanie. Brat kładzie mnie ma miękkich poduszkach i przysuwa sobie krzesło do łóżka szpitalnego. Łapie mnie delikatnie za dłoń, a jego uśmiech znika.
- Miałaś wypadek, ale nie martw się, już wszystko dobrze - gdy wypowiedział ostatnie słowo zauważyła jego twarzy coś bardzo niepokojącego, ale nie wiedziałam co to znaczy. Po chwili stwierdziłam, że nic nie jest dobrze. Nic nie pamiętam oprócz tych kilku sekund po wypadku.
- Sylvian - mówię szeptem, bojąc się - ale ja nic nie pamiętam...
W tym momencie przerywa mi lekarz, czego nie powinien robić, to było chamskie.
- Może pani doznać amnezji po urazowej. Z czasem albo pani odzyska pamięć, albo nie.
   To co powiedział było przerażające. Nie wyobrażam sobie życia bez pamięci. Skąd mam wiedzieć kto jest moim przyjacielem, a kto wrogiem? Nie będę wiedzieć jak wyglądały moje wcześniejsze lata życia, nie przypomnę sobie jak wyglądają moi rodzice... a propos. Gdzie oni są?
  Sylvian chyba zobaczył moje zmartwieniem, bo zaczął mnie pocieszać.
- Ej, nie martw się. Dopiero się przeprowadziliśmy. Pomogę Ci i dasz radę.
   Staram się uwierzyć w jego słowa, bo z tego co udało mi się o nim zapamiętać nie puszczał słów na wiatr.
    Nie chce mi się odpowiadać, więc kiwam głową, potwierdzając jego słowa. Postanowiam później zapytać, gdzie dokładnie jesteśmy i gdzie byliśmy wcześniej, bo i tak pewnie bym nie skojarzyła miasta. Na razie muszę oswoić się z tymi informacjami.

 Witajcie ! :)
 Przybywamy z pierwszym rozdziałem !!! :D
 Mamy nadzieję, że przypadnie Wam do gustu :3
 Liczymy również na polecenie naszego bloga, znajomym, przyjaciołom.  Oczywiście, jeśli Wam się podoba ^^ 

wtorek, 3 marca 2015

Prolog

Usłyszałam głośny huk, natychmiast zerwałam się z ziemi. Dobrze wiedziałam co się świeci. Zdarzało się to coraz częściej. Nimfa wodna, którą malowałam, uciekła do wody, a ja pognałam przez las do zamku, aby się w nim ukryć. To chyba było jedyne bezpieczne dla mnie miejsce. Kiedy wbiegłam pod wzgórze, usłyszałam miły, znajomy głos : 
- Księżniczko! Proszę jak najszybciej pobiec do lochów! - nakazał mi Scott, mój osobisty ochroniarz. W jego towarzystwie zawsze czułam się bezpiecznie. Byłam pewna, że obroni mnie w razie niebezpieczeństwa. Ścisnęłam mój szkicownik i pobiegłam we wskazane przez niego miejsce. Czekała tam na mnie moja matka, Królowa Rachel. Szczupła i drobna kobieta po trzydziestce ubrana w suknie do ziemi z licznymi ozdobami. Na jej twarzy było już widać liczne zmarszczki. Stała do mnie tyłem, miała zrobionego kłosa spuszczonego wzdłuż kręgosłupa. Rozmawiała z wysokim mężczyzną. Po głosie poznałam ojca Sylviana, Harry’ego. 
- To jedyna możliwość, żeby ją uratować, zrozum to wreszcie Rachel. - Usłyszałam w jego głosie lekkie zdenerwowanie, ale też troskę. Wiedziałam, że się martwi, ale czemu? Chciałam się wycofać i podsłuchać dalsza rozmowę, ale Harry mnie zobaczył. 
- Witam Księżniczko Charlie. Mama odwróciła się energicznym ruchem. Jej zielone jak trawa oczy patrzyły na mnie z żalem i troską. Na twarzy Harry’ego malowała się szczera satysfakcja. 
- O co chodzi? - zapytałam w ogóle nie wiedziałam co się dzieje. Byłam bardzo zdziwiona ich zachowaniem. - Skarbie... - mama zaczęła temat łapiąc mnie za ręce. Była bliska płaczu co wydawało się jeszcze dziwniejsze, bo nigdy nie widziałam, żeby płakała. No może na pogrzebie taty, ale to było dawno i z wiadomych przyczyn. 
- Spokojnie Rachel, tylko nie płacz - pocieszał ją. 
- Może w końcu powiecie mi co się stało? - Pytałam już nie z ciekawość, ale z własnej niecierpliwości. Ta zagadkowa rozmowa za długo już trwała. 
Mama westchnęła, grzbietem ręki otarła spływające po pliczku łzy i chwyciła moje dłonie tak mocno jakbym była ulotną chwilą, miała zaraz zniknąć. 
- Musisz uciekać. Daleko stąd. Tu nie jesteś bezpieczna.
Moje źrenice się powiększyły, jeszcze przed chwila myślałam, że to jest jedyne bezpieczne miejsce dla mnie. Mama kontynuowała swoja wypowiedź z coraz większą trudnością. 
- Spakuj się i bądź zaraz gotowa do drogi. - ostatnie słowa starała się powiedzieć stanowczym tonem. Wiedziałam, kiedy jest stanowcza, a kiedy wymaga tego od niej sytuacja. - Wszystkiego dowiesz się po drodze, a teraz wybacz - dodała widząc, że chcę otworzyć usta i jak zawsze dodać swoje
trzy grosze. 
Odeszła, a za nią Harry. Zostałam sama w lochu. Zrobiło się nagle dziwnie ciemno i już nie tak bezpiecznie jak kiedyś...