sobota, 2 stycznia 2016

Rozdział 15.

   Idę przed siebie, nie mając żadnego celu. Chcę się znaleźć jak najdalej od tego miejsca. Siadam w pobliskiej altance, a łzy spływają mi po policzkach, szyli, aż do dekoltu. Dlaczego Pablo był dla mnie taki wredny? To nie moja wina, że straciłam pamięć, a Sylvian dziwnie się zachowywał. Zapytałam go o wczorajszy dzień, bo mam dosyć tajemnic, dziwnych sytuacji i tego, co się dzieje wokół mnie. Chcę się wszystkiego dowiedzieć: dlaczego tutaj mieszkamy, o co chodziło Sylvianowi wczoraj i jak nazywali się moi rodzice, bo nawet tego nie wiem! Właśnie, a propos rodziców - co z ich ciałami? Przecież powinien się odbyć jakiś pogrzeb albo coś. Zazwyczaj się urządza coś takiego, prawda?
    W tym momencie zaczyna mi się kłębić w głowie tyle, że sama daję sobie z liścia, aby się ogarnąć.
- Spokój - mówię do siebie. - Teraz tam wrócisz i pogadasz z Pablo. Będziesz walczyć o swoje.
    Wstaję i wracam do dworku. Na szczęście nie oddaliłam się aż tak i widzę jego dach.
    Wchodzę do domu i od razu kieruję się do kuchni. Tam spotykam Pablo, przygotowującego obiado-kolację.
- O, jesteś - mówi na mój widok. - Powiedziałem ci, żebyś sobie poszła, nie będę gadał  rozwydrzoną gówniarą, która płacze, bo czegoś nie dostała.
    Przez jego słowa znowu zbiera mi się na płacz, ale szybko się otrząsam, zaciskam pięści i mówię zdecydowanym głosem:
- Mam w głębokim poszanowaniu twoje "widzi mi się". Nie jestem "rozwydrzoną gówniarą", tylko nastoletnią dziewczyną. Wydaje mi się również, że jestem wystarczająco dorosła, by wiedzieć pewne rzeczy. Należy mi się to choćby dlatego, że straciłam rodziców, nic nie pamiętam i nie mam bladego pojęcia co tutaj robię, kim jestem, ani do czego zmierzam. Na prawdę to taki problem powiedzieć mi gdzie jesteśmy, jak nazywali się moi rodzice, dlaczego oni zginęli a ja nie, co się stało z ich ciałami i najważniejsze - co się stało wczoraj? Mam dość życia w niewiedzy, rozumiesz?
   Teraz już nie wytrzymuję. Czuję się tak bezradnie, łzy chcą mi wypłynąć z oczu, ale je powstrzymuję. Wybiegam z kuchni i lecę na schody. Gdy jestem już prawie na samym szczycie, czuję, że ktoś mnie chwyta za rękę. Odwracam się i widzę oliwkowe oczy. Nagle wracają do mnie wspomnienia.
    Nieduża altanka  w kolorze ecru, stoi na brzegu jeziora. W około rosną tak wysokie drzewa, że nie widać nieba, a woda tak czysta, że można dostrzec ryby pływające przy dnie.
   Obraz się zmienia. teraz znajduję się w środku budowli. Widzę siebie i Pablo. Siedzimy obok siebie na ławce. Chłopak daje mi jakiś przedmiot. Nie widzę co to jest, ale pewnie się z niego ucieszyłam, bo rzuciłam mu się w ramiona i dałam buziaka w policzek. Pablo był chyba zadowolony z mojej reakcji, bo podniósł mnie wysoko i zaczął kręcić w powietrzu. Kiedy mnie odstawił, podeszłam do niego i dałam mu jeszcze jednego buziaka. Potem jeszcze jednego i jeszcze jednego. Chłopak coś powiedział, a ja się odwróciłam i dałam mu przedmiot, który trzymałam w ręce. Ten założył mi go na szyi. Teraz wiem już, co to jest. To naszyjnik. Naszyjnik z czterolistną koniczynką.
    Wracam do  teraźniejszości. Stoję w połowie schodów z Pablo trzymającym mnie za rękę. Nie mam bladego pojęcia co się właśnie stało.
- Chodź, usiądziemy? - pyta mnie. Patrzy na mnie błyszczącymi oczami. Kiwam głową.



Wiem, rozdział mega krótki, wybaczcie. Miałam na niego zupełnie inny pomysł, ale jakoś tak wyszło, że podczas przepisywania go, napadło mnie natchnienie hahah xDTak czy inaczej nie spodziewałam się tego. Chciałam ułożyć tę akcję inaczej, ale mam nadzieję, że Wam się spodoba to, co właśnie wymyśliłam ;p

SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU !!!

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Rozdział 14.

* oczami Charlie *
    Jestem u Sylviana w pokoju w chwili, gdy się budzi. Nareszcie, myślę. Już się bałam, że to coś poważnego, bo resztę wczorajszego dnia przespał. Teraz jest 16:00 i w końcu będę mogła się czegokolwiek dowiedzieć.
    Pablo tak na prawdę nie powiedział mi nic. Kiedy wprowadziłam Sylviana do domu, kucharz kazał mi zaprowadzić go do pierwszego pokoju po prawej stronie na pierwszym piętrze. Tak zrobiłam. Jak się okazało potem, był to właśnie pokój Sylvina. Kucharz przyszedł, gdy położyłam brata na łóżku. Nie był jakoś strasznie ciężki, nawet się nie zmęczyłam prowadząc go. Pablo poprosił mnie, abym go ustawiła w pozycji siedzącej i przytrzymała, gdy on będzie mu podawać leki i herbatę ziołową. Z ogromną chęcią mu pomogłam, bo martwiłam się o jego stan zdrowia.
- Nie powinniśmy zabrać go do szpitala? - zapytałam Pablo, który w tym momencie spojrzał na mnie zdziwiony. Zobaczyłam na jego twarzy zdziwienie. Ogromne zdziwienie, ale i złość. Tylko dlaczego? Przecież ja też byłam w szpitalu.
    Po chwili Pablo pokiwał głową i wrócił do przygotowywania naparu z roślin, które widziałam pierwszy raz w życiu. Chyba...
- W porządku, dam mu się napić, a potem go ułożymy do snu. Musi odpocząć - powiedział Pablo.
- Dobrze.
   Gdy opuściliśmy pokój, Pablo poprosił mnie, abym nie pytała Sylviana o wydarzenia z dzisiaj, kiedy się obudzi.
- Może być w lekkim szoku, a nie chcemy pogarszać jego stanu, prawda?
- Nie chcemy - odpowiedziałam.
   Pablo poszedł przygotować jakiś obiad, a ja zaszyłam się w pokoju.


* oczami Sylviana *

   Otwieram oczy. Jestem u siebie w pokoju. leżę na łóżku przykryty kocem. Obok, na stoliku, stoi kubek z czymś gorącym, bo widzę parę. Nagle czuję pragnienie. Podnoszę się powoli, siadam, aby się napić. Biorę małego łyczka, żeby nie poparzyć sobie przełyku. Całe szczęście, napój nie jest aż taki ciepły. Biorę jeszcze jeden łyk, żeby poznać smak tego, co piję. Jest to herbata, tego jestem pewny. Ale jaki ma smak? Trochę jak malina, a trochę jak pomarańcza... Sam już nie wiem.
- To herbata malinowa z sokiem z pomarańczy. Pablo powiedział, że Ci pomoże - słyszę czyjś głos.
   Patrzę w lewo. Przy drzwiach stoi Charlie. Ma na sobie luźną niebieską bluzkę, szare spodenki i czarne trampki. Ciemne włosy upięła w luźnego loczka, dzięki czemu wygląda na prawdę słodko. Dziewczyna spogląda na mnie z troską.
- Jak się czujesz? - pyta.
- Już lepiej - odpowiadam. - Chodź, siadaj.
   Charlie podchodzi do mojego łóżka, a ja biorę jeszcze kilka łyków herbaty. Teraz zacząłem się zastanawiać, czy to na pewno jest malina i pomarańcza. Owszem, smakuje tak, ale...
- Pamiętasz, co się wczoraj stało?
    To pytanie mnie zamurowało. Wspomnienia wracają do mnie tak nagle, że prawie upuszczam kubek z wrażenia. Odkładam go szybko na szafkę i chwytam się za głowę, w której pulsuje mi niemiłosiernie. Ręce trzęsą mi się jak galaretka, a przed oczami migoczą obrazy z wczorajszego dnia: czarny kruk, wodospad, czas spędzony z Charlie.
   Wszystko uderza we mnie tak nagle, zdecydowanie zbyt gwałtownie.
   Jest mi gorąco, chcę wstać, iść do łazienki i wziąć prysznic, ale nie mam siły podnieść się z łóżka. Przed oczami widzę czarne plamy, ale spomiędzy nich wystaje Charlie, która klęczy przede mną. Mówi coś d mnie, klepie mnie w policzek. Widzę to wszystko, ale nie słyszę nic, ani nie czuję.
   Jestem zmęczony, nie chce mi się nic odpowiadać, oddychać, mrugać. Zamykam oczy i tracę przytomność.

* oczami Charlie *
   Podchodzę do łóżka brata i pytam go:
- Pamiętasz, co się działo wczoraj?
   Wiem, że Pablo prosił, bym nie rozmawiała z Sylvianem o wczorajszych wydarzeniach, ale ja nie mogłam się powstrzymać. Chcę wiedzieć, co tak na prawdę się stało. O co mu chodziło w ogóle? Spędziliśmy miło czas, a on nagle zwariował, zaczął czegoś szukać, potem zachowywał się, jakby opuścił nasz świat. 
    Bardzo się o niego martwiłam, w końcu to mój brat. Nie pamiętam, jakie były nasze relacje przed wypadkiem samochodowym, ale chcę, by teraz były jak najlepsze. Kocham Sylviana jak prawdziwego brata i boję się o niego, jak i prawdziwego brata. Straciliśmy rodziców, mamy już tylko siebie. Powinniśmy dbać o siebie nawzajem.
   Z moich rozmyślań wyrywa mnie nagła zmiana w zachowaniu Sylviana. Oddech chłopaka znacznie przyspiesza, oczy stają się nieobecne, a ciało wygląda, jakby chłopak miał zamiar kogoś pobić. 
   Strach mnie ogarnia. Nie wiem, co mam zrobić. Chcę pobiec po Pablo, ale wtedy Sylvian mógłby sobie coś zrobić.
   Podchodzę do niego, klęka i usiłuję nawiązać jakikolwiek kontakt. Moje próby są na nic. Po kilku sekundach Sylvian mdleje.
   Nie zastanawiam się ani chwili dłużej. Rzucam się w stronę drzwi, biegnę korytarzem i po schodach. Tam spotykam Pablo, który patrzy na mnie ze zdziwieniem.
- Czemu tak biegniesz?
- Sylvian... on... zemdlał... - mówię zdyszana i przerażona stanem brata.
   Pablo rzuca się w stronę schodów, wbiega na górę, a ja za nim. Kiedy on sprawdza, co z Sylvianem, ja siadam na krześle obok drzwi, opieram łokcie o stolik i chowam twarz w dłonie, Łzy kapią na blat, a ja nie potrafię ich powstrzymać. Ba! Nawet nie chcę. Ta sytuacja to moja wina. 
   Kucharz podchodzi do mnie i pyta:
- Zapytałaś go o wczoraj, prawda?
   Nie chcę, by zobaczył moje łzy i usłyszał łamiący się głos, więc tylko kiwam głową. Słyszę jak ten wciąga powietrze nosem. Próbuję się uspokoić.
- Prosiłem cię, żebyś nawet nie pisła słówkiem na ten temat! Przez twoją głupotę może z nim być bardzo źle! Wiesz co? Nie myślałem, że po utracie pamięci będziesz aż taka głupia. Nie taką Ciebie znałem. - Nie wiem czemu, ale te słowa sprawiają, że płaczę jeszcze bardziej. Po chwili Pablo dodaje: Wyjdź stąd. 
   Robię to. Schodzę na dół po schodach, nie spieszę się. Otwieram drzwi wejściowe i wychodzę na zewnątrz. Od razu czuję zapach przyrody. Zamykam za sobą drzwi i idę na spacer. Muszę sobie wszystko poukładać w głowie.


Moi Kochani!

Przepraszam, że przychodzę z nowym rozdziałem dopiero teraz, ale wiecie - Święta to nie czas odpoczynku, ale odwiedzania rodzin, pomagania w przygotowaniu posiłków itp. Tak czy inaczej, wracamy do normalności, czyli nowych rozdziałów w weekendy :D

Przy okazji chcę Wam życzyć szalonego Sylwestra i wspaniałego każdego dnia nowego roku! ^^ 

Pamiętajcie o komentarzach :*

sobota, 19 grudnia 2015

Rozdział 13.

    Wydaje mi się to paradoksalne. Po raz drugi, gdy tu jestem, słyszę krakanie. To przeraźliwe, niepokojące krakanie.
    Szybko podnoszę się na nogi i zaczynam szukać ptaka.
- Co się stało? - Charlie jest zdziwiona.
- Nic. Chodź, idziemy - odpowiadam zaglądając pomiędzy krzaki i drzewa.
- Czego tak szukasz? - dziewczyna nie daje za wygraną. - Pomóc Ci?
    Odwracam się w jej stronę.
- Nie słyszałaś...? - chciałem zapytać, czy nie słyszała tego ptaka. Może coś mi się przywidziało, lecz w tym samym momencie go ujrzałem.
   Siedzi na gałęzi wysokiego drzewa po drugiej stronie rzeczki. Czarne pióra ma idealnie ułożone i ulizane. Jest zdecydowanie większy od normalnych kruków, a jego oczy błyszczą krwistą czerwienią, co sprawia, że jest jeszcze bardziej przerażający. Nie mam zamiaru czekać, aż nas zaatakuje. Chcę prędko pobiec do domu i się tam schować. Muszę przemyśleć to wszystko i obgadać z Pablo. Wydaje mi się, że istnieje jakieś powiązanie kruka z tą górą, która według Charlie emitowała złą energią.
    Już mam zamiar powiedzieć Charlie, że wracamy do domu, lecz w tym samym momencie przyszła mi do głowy straszna myśl - co jeśli jemu o to chodzi? Co jeśli chce odnaleźć naszą kryjówkę? Co jeśli jest on tym o czym myślę w tej chwili? Jednak z drugiej strony nie trudno byłoby mu nas znaleźć. Przecież nie kryjemy się aż tak. Całe szczęście, że nie jestem tak głupi i zabezpieczyłem najbliższy obszar wokół dworku zaklęciem. Dopóki któryś z jego domowników nie wpuści kruka, ten nie będzie mógł wejść.
    Powinniśmy wrócić do domu. Charlie byłaby bezpieczna, a ja mógłbym w spokoju pomyśleć nad tym co dalej. Tyle że co jeśli dziewczynie zechce się uciec i wyjdzie poza tarczę? Obiecałem jej spacer, więc lepiej, żeby była zadowolona, niż żebym miał jej potem szukać w nocy po lesie. Postanawiam więc improwizować i przejść się z nią gdzieś po lesie. Przy mnie będzie przynajmniej bezpieczna.
- Czego nie słyszałam? - Charlie pyta widząc, że nie dokończyłem.
- Niczego, chodź. Przejdziemy się, co ty na to? -  proponuję i ciągnę ją za rękę, żeby się nie odwróciła i nie zobaczyła ptaka.
   Schodzę po schodach zdecydowanym krokiem, ale nie za szybko, żeby Charlie się znowu nie przewróciła. Głowa mi pęka, nagły ból jest nie do zniesienia. Jesteśmy już na dole, łapę się za głowię. Siostra podchodzi do mnie i łapie za ramię jakby się bała, że się przewrócę. Jest zaniepokojona. - Wszystko w porządku? Dobrze się czujesz?
- Tak - odpowiadam. - Ale chodź już, proszę.
   Lecz ona naciska dalej. Idzie za mną i ciągle zadaje te pytania: "Co się stało?", "Czemu tak szybko stamtąd uciekliśmy?".
   Aż wreszcie ma tego dość i się zatrzymuje.
- Nie ruszę się stąd nawet na krok, jeśli mi tego nie wytłumaczysz! Mam dość tajemnic, powiedz mi wszystko!
   Odwracam się. Mam ochotę jej coś zrobić! Jest nie do wytrzymania! Mimo chęci do przemocy, staram się zapanować nad ciałem. Zaciskam ręce w pięści, żeby opanować ich drżenie. Patrzę na Charlie z nienawiścią. Ale chwileczkę, dlaczego? Przecież jestem przyzwyczajony do jej ciekawości i wścibstwa... Nie no, momencik. Przecież nigdy bym jej nie uderzył! Co się w ogóle ze mną dzieje? Obym nie zaczynał wariować...
   Teraz jestem już spokojny, odchrząkuję, żeby mój głos stał się głośniejszy.
- Charlie, chodź proszę.
   Siostra podchodzi, łapie mnie za rękę i powoli prowadzi w nawet nie wiem jakim kierunku.
   Wraz z jej dotknięciem zachodzi we mnie ogromna zmiana: oddech się uspokaja, ból głowy mija, staję się bardziej opanowany, a po chwili całkowicie wyluzowany. Cała złość ze mnie ulatuje, a nawet nie mam pojęcia jak się we mnie znalazła! Mam tego wszystkiego dosyć, nic już nie rozumiem, chcę wrócić do domu, wypić gorącą herbatę i się położyć. Chce mi się z tego wszystkiego płakać.
    Charlie gdzieś mnie prowadzi. Nie chcę, żebyśmy się zgubili, więc pytam:
- Dokąd idziemy?
- Do domu - odpowiada.
- Znasz drogę?
- Owszem, a teraz się uspokój i patrz pod nogi, bo tu jest krzywo.
    I tak moja siostra, którą to ja miałem się opiekować, zaprowadziła mnie do dworku. Wprowadziła po schodach do mojego pokoju i położyła do łóżka. Zasnąłem w mgnieniu oka.


Mam do Was ogromną prośbę - dodawajcie komentarze!!! Potrzebuję ogromnej motywacji, a to właśnie one dają jej najwięcej. 

Następny rozdział, pojawi się prawdopodobnie dopiero po świętach, ponieważ nie wiem, czy wyrobię się z napisaniem go. 

Tak czy inaczej, Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku już dzisiaj !!!

sobota, 12 grudnia 2015

Rozdział 12.

* oczami Sylviana *

    Jesteśmy już z Charlie na górze. Siadam na pobliskim kamieniu i zatapiam się w głębie swego umysłu (hm, jakże to pięknie brzmi, nie uważacie?).
    Najbardziej zastanawia mnie, skąd ona dowiedziała się o mojej słabości. Czyżby wracała jej pamięć? W królestwie wiedziała o tym, owszem. Może po prostu znowu się domyśliła? W końcu to nadal ta sama osoba co przed czyszczeniem pamięci.
    Kiedy opowiadała mio tych wszystkich opcjach, czułem się jakby po raz drugi zajrzała do mojego umysłu po tę samą informację. Nie wiem skąd to wzięła, ale Charlie to bardzo mądra i inteligentna dziewczyna, więc nie powinno mnie to dziwić. Ba! Mogę się założyć, że jeszcze nie raz mnie zaskoczy. Zawsze w rzeczach intelektualnych była ode mnie lepsza. Mogłaby zostać świetną królową. Heh, no właśnie, mogłaby...
   Przytuliłem ją, gdy szliśmy, bo poczułem, że muszę. Muszę być dla niej dobrym bratem. Nie tylko muszę, ale po części też chcę. Dopiero teraz to poczułem. Kocham ją jak prawdziwą siostrę, a nie tylko przyrodnią. Może i mamy jedynie wspólną matkę, ale mamy teraz też wspólne zadanie, Ja muszę ją chronić, a ona musi się wszystkiego na spokojnie nauczyć. Nauczyć jak wykorzystywać swój dar. Kiedyś się dowie wszystkiego o sobie, więc chciałbym, żeby miała wtedy u mnie wsparcie., żeby nauczyła się nad tym panować i nie wywołała żadnej katastrofy.
    Jak tak teraz na nią patrzę, gdy chodzi po trawie, przygląda się okolicy, bawi się kamykami ze strumyka, przypomina mi się, jak obserwowałem ją zza krzaków, gdy bawiła się przy małym strumyczku kilka lat temu. Wtedy jeszcze nie mieszkałem w zamku - razem z ojcem byliśmy zwykłymi ludźmi z miasteczka. Ojciec służył w Straży, więc był jako tako znany, jako że Strażników nie jest zbyt wielu. Zresztą, mnie też rozpoznawano. Byłem "tym pierwszym dzieckiem królowej Rachel, które nie ma żadnego prawa do tronu, ani do życia w pałacu, bo został spłodzony przed koronacją swojej matki i w ogóle przed małżeństwem swoich rodziców". To prawda. Rachel, teraz królowa Rachel, była kiedyś mieszczanką. Kochała mojego ojca, byli razem szczęśliwi. Lecz pewnego dnia cudowny, wtedy jeszcze książę, Tristan przyjechał do miasteczka i ponoć "spostrzegł Rachel wśród tłumu kobiet witających go" i od razu się w niej zakochał. Tak przynajmniej powiedział oświadczając się jej. Niestety, ale prawo mówiło wyraźnie: "Książę może wziąć sobie za żonę kobietę z wioski/miasta, pod warunkiem, że nie ma ona męża, dzieci i znajduje się w przedziale od dziewiętnastu do dwudziestu pięciu lat". No a że moja matka jeszcze mnie nie urodziła, ani nie wiedziała wtedy nawet, że jest w ciąży, to niestety zaliczała się do tych kobiet. Gdyby mój ojciec jej się oświadczył, sprawa mogłaby wyglądać zupełnie inaczej, lecz był on wtedy bardzo biedny, nie było go stać na pierścionek, a uważał, że matka na niego zasługuje.
     Tak więc po pewnym czasie, gdy wyszło na jaw, że Rachel jest w ciąży innym mężczyzną nie księciem, król Henryk, chcąc pokazać jaki jest dobry dla poddanej, pozwolił jej, z łaski swojej, urodzić to dziecko. Jednak pod warunkiem, że jego wychowaniem zajmie się ojciec. I tak się stało. Harry wychował mnie tak a nie inaczej. Pracował nieraz całe dnie, więc zazwyczaj się nudziłem, ponieważ nauką dzieci zajmowali się rodzice, czasami dalsza rodzina. Kiedy król Henryk zmarł, książę Tristan został koronowany. Miesiąc potem urodziła się Charlie.
    Po raz pierwszy zobaczyłem ją mając dziewięć lat. Ona miała wtedy siedem. Było to nad małą rzeczką, płynącą przy granicy miasta i zamku królewskiego. Była wtedy ubrana w zwiewną, białą sukienkę, miała jeszcze jasne włosy, układające się w burzę loków. Biegała boso po łące i wchodziła do wody.
    To wspomnienie uderzyło we mnie tak nagle. Gdy bawiła się, skakała, a ja patrzyłem oczarowany, nie mogąc odwrócić od niej wzroku. Spodobało mi się jak lekko stąpa po ziemi, jak patrzy na świat i mówi przeróżne rzeczy do ptaków, a one jej ćwierkają do niej. Wtedy nie wiedziałem co to oznacza. Myślałem, że tylko udaje, że z nimi rozmawia... W końcu małe dzieci bawią się w taki sposób. Nagle spojrzała w miejsce, gdzie się ukrywałem. Ujrzała mnie i szybko uciekła do zamku. Ja spanikowałem i także uciekłem. Nie chciałem narobić tacie kłopotów, bo nie wolno nam było się widywać do czasu, gdy Charlie nie będzie pełnoletnia. Wtedy to miała zadecydować, czy chce mnie poznać czy wręcz przeciwnie.
    Pamiętam także jak król Tristan zmarł nagle i królowa Rachel oznajmiła poddanym, że mój ojciec zostanie jej partnerem, ale to ona będzie sprawować władzę. Ja i Harry mieliśmy przenieść się wtedy do zamku i tam zamieszkać. Bardzo się stresowałem całą zaistniałą sytuacją. Po pierwsze, to mogłoby wyglądać tak jakby moja matka zabiła Tristana, którego zresztą nie kochała, żeby być z moim ojcem. Całe szczęście okazało się potem, że umarł on z przyczyn naturalnych.
    Wprowadziłem się do zamku mając zaledwie trzynaście lat. Kiedy ujrzałem Charlie w sięgającej do ziemi jasnozielonej sukni, zaniemówiłem zauroczony jej pięknem. A gdy dotarło do mnie co potem powiedziała, jeszcze bardziej mnie zamurowało.
- To ty chowałeś się w krzakach? - zapytała z chytrym uśmieszkiem tak cicho, abym tylko ja ją usłyszał.
    Uśmiechnąłem się do niej ciepło, bo nie miałem pojęcia, że pamięta tę sytuację. Przez te cztery lata wypiękniała, jej włosy pociemniały, oczy błyszczały jeszcze bardziej, uśmiechała się też szerzej. Była szczęśliwa, że wreszcie mogła poznać swojego przyrodniego brata.
    Kiedy tak o wszystkim rozmawialiśmy na osobności, dowiedziałem się, że nikomu nie powiedziała o naszym pierwszym spotkaniu. Byłem jej za to wdzięczny, bo gdyby to wyszło na jaw, ojciec straciłby pracę, dom, wszystko. Ja prawdopodobnie zostałbym zgilotynowany na miejskim placu. Król Tristan nienawidził mojego ojca, zresztą z wzajemnością. Jeden był wściekły, bo musiał żyć z myślą, że gdzieś tam mieszka dziecko jego żony, które ma z innym facetem, a drugi, bo pewien facet odebrał mu największy skarb swojego życia: osobę, którą kochał nade wszystko, dla której poświęciłby swoje życie i z którą nie mógł nawet porozmawiać przez jedenaście lat. Do momentu przyjazdu na zamek ojciec był wiecznie smutny, rzadko się uśmiechał. Obecność mojej mamy go odmieniła. Stał się szczęśliwym człowiekiem, bo miał przy sobie ukochaną, która nawet na moment o nim nie zapomniała.
    Ze wspomnień budzi mnie głos Charlie:
- Pójdziemy tam kiedyś? - pyta wskazując palcem na górę z ogromnym wodospadem.
    Spoglądam w tamtą stronę. O nie, tylko nie to miejsce. Jeszcze nie teraz, jest za wcześnie, ona nic nie wie.
- Jak będziesz gotowa. - mamroczę cicho. 
- Co? Jak gotowa? - dziewczyna marszczy brwi i patrzy na mnie pytająco. Ja jednak postanawiam tym razem nie dawać za wygraną.
- Czy to jest teraz takie ważne?
   Podchodzę do siostry i zaczynam ją łaskotać. Udaje jej się wyrwać.
- A ta góra obok? Czemu mam nieprzyjemne przeczucia, gdy na nią patrzę?
   Patrzę na górę po prawej i zaczynam się martwić. Nie, nie możesz dać po sobie znać. Otrząsam się ze wszystkich myśli, które zaczęły kiełkować w mojej głowie i znowu łaskoczę Charlie. Tym razem siostra się nie wyrywa.
 - Nie! Błagam! Przestań! - krzyczy i śmieje się. Kładzie się na ziemi i zasłania się rękami i nogami, żebym tylko przestał ją gilgotać. Chcę, by zapomniała o tej górze, co chyba mi się udało. Chcąc odpocząć, zawieramy chwilowy rozejm, kładziemy się obok siebie na miękkiej trawie i patrzymy na chmury.  Mówimy co nam przypominają i wyjątkowo miło spędzamy czas.
    Trwamy w tym błogim stanie przez dłuższy czas. Nagle słyszymy okropne dźwięki, które bardzo przypominają mi krakanie czarnego ptaka...

sobota, 5 grudnia 2015

Rozdział 11.

    To co widzę jest naprawdę wspaniałe. Szum wody jest teraz bardzo głośny. Nawet gdybym coś powiedziała, a Sylvian stałby obok mnie, nic by nie usłyszał. Przede mną znajduje się ogromny, mierzący około dziesięciu metrów, wodospad. Obok niego są zbudowane kamienne schody, którymi można wejść na górę. Promienie słoneczne odbijają się w wodzie, dzięki czemu powstaje wspaniały efekt - barwna tęcza. Spoglądam to na Sylviana, to na wodospad przed sobą. 


* oczami Sylviana * 

    Mina Charlie jest bezcenna, do tego bardzo śmiesznie wygląda kręcąc tak głową. Nie jestem pewny co chce zrobić. Przypomina mi się zdarzenie z czarnym krukiem i powoli zaczyna mnie przepełniać niepokój. Z nim naprawdę było coś nie tak. Wzrok seryjnego mordercy, zabójczo ostre szpony i te idealnie ułożone pióra...
     Jeszcze raz spoglądam na siostrę i myślę o tej specyficznej miłości, którą ją darzę. Zniszczenie dzieciństwa nie było moim marzeniem. 
   Czy można kochać i nienawidzić tą samą osobę? Jak długo można chować urazę za poprzednie lata? Ile można udawać, że wcale nie było tak źle, bo było koszmarnie?
- Wejdziemy do góry? - proponuję dziewczynie, w sumie też jestem ciekawy tego co się tam znajduje. Ona jedynie szybko kiwa głową i ciągnie mnie za rękę, jakby te schody miały zaraz zniknąć, załamać się albo jakbym miał jej kazać wrócić do domu przez zobaczeniem tego spektakularnego miejsca.
   Wchodzimy parę stopni do góry. Nagle Charlie się zatrzymuje i ślizga. Widzę, że zaczyna spadać w stronę wodospadu. Instynktownie wyciągam ręce i ją łapę. Ma mocno zaciśnięte oczka i szczękę. Przyglądam jej się jeszcze przez chwilę mając nadzieję, że ogranie sytuację i zda sobie sprawę, że ją złapałem. Niestety nie dzieje się tak. 
- Ej Charlie? Wiesz, że Cię złapałem i jesteś bezpieczna? 
 Dziewczyna powoli otwiera swoje piękne brązowe oczka. Po dłuższej chwili wpatrywania się w nie, można odczytać jej wszystkie myśli, marzenia i uczucia. 
- Co?! Złapałeś mnie? Nic mi nie jest? - jest troszkę zdziwiona i w szoku, w końcu teraz miałem być dla niej miły i chyba o tym zapomniała. Po za tym nawet jakbym nie miał być miły i tak bym ją złapał. Instynkt. Uśmiecham się do niej delikatnie i dalej wpatruję w oczka, które błyszczą jak te kropelki wody naokoło nas.
- Tak złapałem Cię i jesteś cała i zdrowa, Księżniczko. - po chwili zaczynam żałować słów wypowiedzianych przez siebie.
    Ja głupi! Czemu nazwałem ją księżniczką? Czuję jak zaczynam się rumienić. Ale czemu? W królestwie zawsze ją tak nazywałem i nie sprawiało mi to większego problemu. 
  Podnoszę ją szybko na nogi, nie chcę żeby coś zauważyła i mam nadzieje, że to pomoże mi się pozbyć rumieńców z policzków. 
- Sylvian, czemu się rumienisz...? - Charlie pyta niepewnie.
    No super teraz to już jestem totalnym burakiem. Chcę się pozbyć czerwonego koloru z mojej twarzy, więc spoglądam na nią chłodno, tak jak przed wyjściem na przechadzkę.
- Idziemy dalej czy będziesz teraz zadawać pełno pytań i nigdy nie dojdziemy na górę? - mój głos jest troszkę  bardziej nieprzyjemny niż chciałem. Trudno, może w ten sposób zobaczy, że pytania z jej strony nie są mile widziane, chociaż z drugiej srony... Chyba nie powinienem. 
    Na początku Charlie wydaje się w lekkim szoku. Nic dziwnego, jeszcze kwadrans temu powiedziałem jej, że będę dobry i tak dalej. Dziewczyna robi zawiedzioną minę i rusza przed siebie tym razem ostrożniej i wolniej niż poprzednio. Czuję lekkie poczucie winy, bo ją zawiodłem. Najwyraźniej nie potrafię być dobrym bratem.


* oczami Charlie * 

   Teraz idę przed siebie powoli i ostrożnie, żeby znów się nie przewrócić. Zastanawiam się nad tym co właśnie się stało. Może jego zachowanie wynikało z tego, że przez przypadek nazwał mnie księżniczką? Albo nie lubi się przy kimś rumienić? Eh nie wiem czemu szukam dla niego wytłumaczenia. On po prostu nie lubi mojej osoby i nie lubi spędzać ze mną czasu, a "kocha" mnie i się mną opiekuje, bo chyba nie ma innego wyjścia. 
    Rozmyślam nad tym dopóki nie doczłapuję się na samą górę wodospadu.Co jak co, ale kondycji to ja nie mam. Uda pieką mnie niemiłosiernie i jedyne o czym marzę, to usiąść na czymś miękkim i odpocząć.
    Widok jest teraz jeszcze bardziej zniewalający niż poprzednio. Przed nami rozciągają się korony niższych drzew oraz głęboki, ciemny las. Gdzie nie gdzie latają barwne ptaki. W oddali za lasem widać dwie wielkie góry, a miedzy nimi dość sporą przełęcz. Z jednej z nich, z tej po lewej, spływa kolejny ogromny wodospad. Domyślam się, że stąd tu się wziął ten mniejszy. Tam musi być o wiele wyżej niż tu, dzięki czemu woda spływa w dół, tam tworzy rzekę, a potem znowu spada w dół, tym razem jednak mniejszym strumieniem wody. Prawdopodobnie ta duża rzeka rozdziela się na dwie mniejsze. Ta druga płynie zapewne w kierunku miasta, powoli i spokojnie.
   Jej, chwila. Skąd mi się to wzięło? Chyba wolę nie wiedzieć...
   Spoglądam na brata, który uważnie przygląda się górom. Chyba poczuł mój wzrok, bo odwraca  się, patrzy na mnie chłodno i usiadł na kamieniu nieopodal. Patrzy na płynącą rzekę. Wydaje mi się, że pogrążył się w myślach, więc nie będę mu przeszkadzać. Postanawiam dalej podziwiać okolicę.
    Teraz kieruję swój wzrok na drugą górę, tę po prawej, i czuję straszny dreszcz przechodzący przez moje ciało. Jakby zawiał zimny wiatr. Ta góra ma w sobie coś dziwnego, coś, czego się boję. Nie chcę na nią patrzeć, ani o niej myśleć, chcę zapomnieć o niej i o tym nieprzyjemnym uczuciu jakie sprawia mi samo patrzenie na nią.
    Patrzę jeszcze raz na Sylviana i postanawiam przerwać ciszę towarzyszącą nam już od tak długiego czasu. Gdzieś mam jego rozmyślania o niczym. Ta góra mnie wkurzyła przez to dziwne przeczucie, więc natychmiast muszę się go pozbyć. A pozbędę się go może, kiedy mi powie, co się tam znajduje.
- Pójdziemy tam kiedyś? - wskazuję palcem na górę z ogromnym wodospadem. Sylvian potrząsa głową i zerka na przyjazną górę. 
- Jak będziesz gotowa. - mamrocze cicho. 
- Co? Jak gotowa? -marszczę brwi i patrzę na niego pytająco. Chcę wyczytać coś z jego twarzy, ale jak zawsze mi to nie wychodzi. 
- Czy to jest teraz takie ważne? - pyta robiąc dość uroczą i dziwną minę. Zbliża się mnie mnie i zaczyna mnie gilgotać. Wyrywam się.
- A ta góra obok? Czemu mam nieprzyjemne przeczucia, gdy na nią patrzę?
   W tym momencie Sylvian robi się zmartwiony i spogląda na miejsce, o którym mówię. Mam nadzieję, że powie mi cokolwiek, ale on jak na złość się szybko otrząsa i znowu mnie gilgocze. Postanawiam dać mu na razie spokój, jakoś zmuszę go do gadania. Jeszcze tylko nie wiem jak.
 - Nie! Błagam! Przestań! - krzyczę i śmieję się jak nigdy, kładę się na ziemi i zasłaniam się rękami i nogami, żeby tylko przestał mnie gilgotać. 
   Po chwili męczarni oboje leżymy na trawie i wpatrujemy się w niebo wyczekując pojedynczych chmurek. Mówimy co nam przypominają i wyjątkowo miło spędzamy czas. 
   Miłe chwile przerywają nam niestety okropne dźwięki, wydawane przez czarnego kruka...

niedziela, 22 listopada 2015

Rozdział 10.

* oczami Charlie*

    Kiedy Sylvian złapał mnie na próbie otwarcia drzwi, bardzo się go wystraszyłam. Nie chcę go denerwować, ale czy to coś złego podejść do drzwi? Według mnie nie. On sam chyba się wystraszył swojego wybuchu, bo przed naszym pójściem na śniadanie zaproponował mi spacer. Mam nadzieję, że chociaż wtedy będziemy mogli normalnie porozmawiać i że wreszcie się czegoś dowiem.
    Po zjedzeniu tostów z serem żółtym i wypiciu czarnej herbaty z dodatkiem cytryny i miodu, dziękujemy Pablo i wychodzimy. Przez całe śniadanie zastanawiałam się, czy nasz kucharz będzie na mnie zły za wczoraj, ale chyba się nie gniewał, a nawet jeśli, to nie dał po sobie znać. Uśmiechał się uprzejmie do nas obojga, więc wydawało mi się, że wszystko jest ok. Zupełnie jakby nie pamiętał o wczorajszym wypadku.
    Pomimo wczesnej pory, a jest za pięć dziesiąta, na dworze jest już bardzo duszno. Na niebie żadnej chmurki, a słońce niemiłosiernie grzeje. Zastanawiam się, czy mojemu przyrodniemu bratu nie jest za gorąco, ponieważ jest cały ubrany na czarno, ale chyba mu to nie przeszkadza.
   Sylvian rusza przodem w stronę lasku. Wsłuchuję się w przyrodę i znów słyszę szum wody. Nie wiem skąd, ale jestem pewna, że mój przyrodni brat właśnie w tamtą stronę zmierza. W stronę szumu. Nie chcąc zostawać w tyle i żeby myślał, iż nie mam ochoty na spacer, szybko go doganiam.
- Gdzie idziemy? - pytam, mając nadzieję, że moje podejrzenia okażą się słuszne.
    Sylvian spogląda na mnie, a jego błękitne oczy są nie do zrozumienia. Trochę jakby chciał mi powiedzieć, że nie chce iść na spacer, trochę jakby (znowu) patrzył na mnie z nienawiścią. Widzę jednak tam też ciekawość. Tylko z jakiego powodu?
   Nie uzyskałam odpowiedzi na pytanie, więc dalej próbuję nawiązać rozmowę:
- Jeśli nie masz ochoty iść na spacer, to możemy pójść później albo kiedy indziej, a teraz zwyczajnie wrócimy do domu  i zajmiemy się sami sobą.
   Mój plan powoli zadziałał - Sylvian przystaje i patrzy na mnie. Jest niezdecydowany. Normalnie widzę te znaki zapytania różnych rozmiarów i kolorów nad jego głową. W końcu jego twarz się odpręża.
- Chodźmy dalej - mówi  rusza przed siebie.
   Idę za nim z szerokim uśmiechem tak dobre kilkadziesiąt metrów - Sylvian z przodu, ja za nim z bananem na twarzy. Czuję, że nie mogę już dłużej wytrzymać, zginam się w pół i ryczę ze śmiechu. Mój brat przystaje i patrząc na mnie, czeka aż się uspokoję. Trwa to dobre kilka minut, bo co na niego spoglądam, znowu wybucham śmiechem. Gdy wreszcie przestaję się śmiać, podchodzę do niego.
- Co ci się stało do cholery? - pyta zirytowany.
- Nic, tylko jesteś bardzo przewidywalny - odpowiadam.
    Ten unosi brwi w niedowierzaniu.
- Że co proszę?
   Uśmiecham się szeroko. Ha! a myślał, że jest taki mądry i przebiegły. A jednak - przechytrzyłam go.
   Chwytam brata pod ramię i powoli idę przed siebie. O dziwo, nie ma nic przeciwko temu i daje się prowadzić.
- Miałeś do wyboru dwie opcje - tłumaczę mu. - Pierwsza: pozwolić mi postawić na swoim i wrócić do domku. Ta opcja bardzo by ci odpowiadała, ponieważ nie masz najmniejszej ochoty na spacer ze mną i ja to widzę. Decydując się na powrót miałbyś mnie z głowy i mógłbyś się zająć sobą. Jednak wybrałeś drugą opcję, która jest mniej atrakcyjna, bo musisz robić coś, czego nie chcesz. Ale wybrałeś ją, ponieważ dzięki temu postawiłeś na swoim. Jesteś typem osoby, która zawsze zrobi coś po swojemu, więc bardzo łatwo był cię podejść, proponując ci opcję, która jest mniej atrakcyjna dla mnie, przez co ty wybrałeś tą, która mnie ucieszyła. Lubię spacerować. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo czuję to jak moje ciało chce skakać z radości. Dlatego cię podpuściłam. Nie wiem, czy cokolwiek zrozumiałeś... Wiem, chaotycznie tłumaczę.
   Po skończonym wywodzie patrzę na przyrodniego brata. Jego błękitne oczy zrobiły się nagle szare. Ale one są piękne, myślę, ale na szczęście szybko się z tego otrząsam. Przecież to mój przyrodni brat! Lecz to prawda, są prześliczne. Takie inne.
- Mówię ci to tylko po to, żebyś się nie dał tak więcej oszukać - dopowiadam, po czym następuje coś mega dziwnego. Sylvian mnie przytula! Nie mam bladego pojęcia co mu odbiło. Najpierw jest dla mnie wredny, potem miły i mnie przytula.
    Mimo wszystko odwzajemniam ten uścisk. Kocham go pomimo, że jest tylko moim przyrodnim bratem, że mnie czasami tak podle traktuje, że na mnie naskakuje. Kocham go  i czuję, że zawsze tak było. Kocham go jak prawdziwego brata.
   Nagle czuję delikatny dotyk jego ust na czole. Uśmiecham się i lekko od niego odsuwam.
- Czy ty dałeś mi właśnie buziaka w czoło? - pytam.
- Owszem - odpowiada nieśmiało kiwając głową.
- Czyli - zaczynam niepewnie - to oznacza, że między nami jest jak na razie dobrze, że postarasz się być dla mnie milszy oraz, że będziesz dla mnie prawdziwym bratem.
   Wzdycha teatralnie, jakbym oczekiwała nie wiadomo czego.
- Tak. Tym razem muszę się z tobą zgodzić.
   Mocno go tulę i nie zamierzam zbyt szybko puszczać. Wreszcie jest dla mnie jak brat.
- Ale tylko ten jeden raz. Nie przyzwyczajaj się -  szepcze mi do ucha.
   Śmieję się.
- Udam, że tego nie słyszałam.
   Minuty mijają, a my nadal stoimy przytuleni . Czuję między nami dziwną, ale miłą więź. Zupełnie jakbyśmy wreszcie znaleźli wspólny język i dojście do porozumienia.
   Jestem niższa od niego o głowę, przez co czuję jak nade mną góruje. Coś jakby chciał mnie obronić przed całym złem tego świata. Nie przeszkadza mi to. Jestem mu wdzięczna za to, co dla mnie zrobił: prawdopodobnie nielegalnie wprowadził nas do tego dworku, powinien wysłać mnie do domu dziecka, ale tego nie zrobił. I mimo, że tak często na mnie krzyczał, ciągle miał o coś problem, to kochał mnie.
- Chodźmy dalej, co? - Sylvian przerywa moje jakże mądre i poważne rozmyślania.
   Otwieram oczy i zerkam na niego, ale obraz jest zamazany.
- Ej, czemu płaczesz? - pyta zdziwiony i ociera łzy z mojego policzka.
    Wzruszam ramionami.
- Po prostu wreszcie czuję, że nie traktujesz mnie jak jakiś ciężar, trudność, przeszkodę, której trzeba się pozbyć.
   Gdy tak na niego patrzę, czuję jak po moich policzkach spływa jeszcze więcej słonych łez. Spływają jedna po drugiej.
- Nie jesteś dla mnie ciężarem -  mówi z ciepłym uśmiechem Sylvian.
  Ja również się uśmiecham i jeszcze raz przytulam brata.
- Nie płacz już i chodź. Jesteśmy nie daleko.
   Sylvian bierze mnie pod rękę i prowadzi dalej.
    Po piętnastu minutach, gdy docieramy na miejsce, nie mogę uwierzyć własnym oczom.

niedziela, 18 października 2015

Rozdział 9.

   Budzą mnie jasne promienie słońca wpadające przez okno nad łóżkiem. Przeciągam się i zaczynam szukać jakiegokolwiek urządzenia, które pokaże mi godzinę. Znajduję telefon. Nie jestem pewna, czy wiem jak z niego korzystać, ale moje dłonie same wykonują odpowiednie ruchy, zupełnie jakbym używała go już setki razy. Odblokowuję go i dziwię się, ponieważ jest 7:12. Zazwyczaj o tej godzinie przewracam się na drugi bok.
   Jeszcze raz się przeciągam, po czym powolnie wstaję się z łóżka. Podchodzę do szafy i otwieram ją. Stoję przed nią chyba z piętnaście minut, nie wiedząc co na siebie włożyć. Po wyciągnięciu połowy ubrań i próbach dopasowania jakiegoś ładnego stroju decyduję się na czerwoną bluzkę oraz dżinsowe krótkie spodenki. Wyjmuję bieliznę z szafki i kieruję się w stronę łazienki. 

   Chcę wziąć szybki prysznic, ale jak tak na niego patrzę, to z lekka jestem załamana. Wszędzie przyciski i guziczki. Zero opisu ani instrukcji obsługi. Postanawiam trochę z nim powalczyć, naciskam to i owo, aż po wielu ciężkich próbach mi się udaje. Szybko się myję, ubieram, ogarniam jeszcze twarz i balsamuję ciało.
   Wychodzę z pokoju i kieruję się schodami na dół w stronę jadalni. Schodzę powoli rozmyślając nad wczorajszą bardzo dziwną rozmową z Pablo. Może ja po prostu już zaczynam wariować i tam wcale nie było żadnego światełka? Sama już nie wiem. 
   Mam zamiar skierować się w stronę jadalni, ale coś mnie kusi, żeby sprawdzić, czy drzwi wejściowe są otwarte. Odwracam się w ich stronę rozglądając, czy nikt na mnie nie patrzy. Podchodzę do nich po cichu, delikatnie pociągam za klamkę i nagle czuję mocne szarpnięcie za ramię. 
 * oczami Sylviana * 
     - Co Ty do cholery wyrabiasz? - wrzeszczę na Charlie, czując wzbierający we mnie gniew. Zabroniłem jej wychodzić z domu, a ta smarkula się mnie w ogóle nie słucha. Jeszcze ten podejrzany kruk którego wczoraj widziałem. 
- Sylvian?! Ja tylko...
- Ty tylko co?! - nie daję jej dokończyć.
    Jestem na prawdę wściekły. A co jakby ona wyszła i coś jej się stało? Cały plan może pójść na marne przez jedną pomyłkę. Może wszystko zepsuć swoimi głupimi kaprysami.
- Przepraszam, ja tylko chciałam zobaczyć, czy są otwarte.
    Teraz na jej twarzy widnieje strach. Nie mam bladego pojęcia dlaczego, ale po chwili naga prawda uderza we mnie jak ogromy strumień wody. O Boże, ona się mnie boi. Puszczam jej ramię, które bezwiednie i mocno ściskałem. Nie chcę, żeby się mnie bała. Jestem po prostu zły na nią, bo się nie słucha. Jeśli będzie się mnie bać, to mi nie zaufa, a w naszej sytuacji zaufanie jest teraz najważniejsze.
    Robię głęboki wdech i wydech. Złość powoli ze mnie uchodzi. Czuję się trochę głupio, że przyrodnia siostra się mnie boi. Mimo, że nie przepadam za nią zbytnio, to jednak jest moją przyrodnią siostrą i kocham ją. Na swój sposób, ale kocham. Jestem teraz za nią odpowiedzialny.
- Może po śniadaniu pójdziemy razem się przejść po ogrodach? - proponuję jej to wyjście tylko dlatego, że lepiej jak pójdzie ze mną i się nie zgubi, niż jak pójdzie sama i coś jej się stanie. Przyglądam się uważnie jej reakcji, powoli i nieśmiało się uśmiecha.

niedziela, 27 września 2015

Rozdział 8.

* oczami Charlie * 
   Bardzo miło z jego strony, że powiedział mi dobranoc. Chociaż na tyle było go stać, po naszej jakże długiej konwersacji w której mnie totalnie zjechał. Nie dopytywałam się o nic, bo to bolało. On jest naprawę okropny. Staram się wrócić do normalnego życia po tym głupim wypadku, a on mi w tym nie pomaga. Chciałabym mieć teraz przyjaciółkę do której mogłabym pójść albo chociaż zadzwonić i się wygadać jak bardzo źle się czuje, ale nawet tego nie mogę zrobić. 
   Spoglądam na resztki jedzenia leżące na moim talerzu. Odechciało mi się jeść. Wstaję od stołu i zastanawiam się, czy powinnam zostawić talerz jak Sylvian, czy może zanieść go do kuchni i podziękować Pablo za pyszną kolacje? 
   Ta druga opcja wydaje się lepsza. Biorę więc swój talerz i pusty kubek. Powolnymi i ociężałymi krokami zmierza, do drzwi kuchennych. Otwieram je łokciem. W kuchni jest dziwnie ciemno. Po omacku trafiam na blat i zostawiam tam brudne naczynia. Rozglądam się uważnie po ciemnościach i widzę blade światełko w rogu pomieszczenia. Jest to dosłownie malutka kropeczka. Zaczynam iść w jej stronę. Nagle światełko poruszyło się niespokojnie i znikło, a ja usłyszałam cichy szept. Bardzo mnie to dziwi, więc oczywiście przyspieszam, żeby dowiedzieć się co to było. Zbliżając się do miejsca w którym powinno znajdować się źródło światełka, wystawiam ręce przed siebie i dotykam jakiejś osoby. Krzyk i szybko odwracam się do ucieczki. Niestety, musiałam nadziać się udem na róg blatu, przez co się przewróciłam i wylądowałam na ziemi. Nagle w kuchni zapala się światło. Przymrużam oczy, muszę się przyzwyczaić to tej jasności. Mrugam parę razy i widzę przed sobą kucharza z czymś w ręce. Nachyla się nade mną.
- Nic ci nie jest? - pyta z troską.
    Powoli kręcę przecząco głową, cały czas przyglądając się temu czemuś w jego ręce. Jest to idealnie prosty patyk, długości mniej więcej dwudziestu centymetrów, wykonany z jasnego drewna. Nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że pasuje do niego, że to normalne trzymać patyk. Zupełnie jakbym coś sobie przypominała ze swojego dawnego życia. Nie był to wyraźny obraz w mojej głowie, ale zwykła myśl, że znam tego człowieka i to bardzo dobrze...
    Otrząsam się  z tych rozmyśleń i spoglądam na Pablo.
    Widać, że się zmartwił moim 'małym wypadkiem'. Muszę przyznać, że nieźle sobie przywaliłam i na pewno będzie po tym duży siniak, ale nie chcę na to teraz zwracać uwagi.
    Uśmiecham się.
- Nie, jestem cała.
   Przechylam delikatnie głowę na lewą stronę i wskazuję palcem kijek, który trzyma w ręce.
- Po co to panu?
      Na jego twarz wkrada się zakłopotanie. Przechylam troszkę bardziej głowę i czekam na odpowiedź. Zaczynam się zastanawiać czy to może ten kijek był źródłem kropeczki światła, którą widziałam, ale to było nie możliwe. Patyki przecież nie świecą.
    Jednak coś, jakaś część mnie mówiła: To prawda, on świecił, widziałam!. Postanawiam jednak ją olać.
- Po nic, znalazłem w kuchni na podłodze i właśnie miałem zamiar wyrzucić.
    Uśmiecha się blado, ale ja mu nie wierzę. Wyczuwam jego słabość. Nie umie kłamać, przynajmniej to kłamstwo mu nie wyszło. Przestaję przechylać głowę i zwijać się z bólu. Mam zamiar niewinnie zaatakować go pytaniami.
- A skąd się wzięło to małe światełko które przed chwilą tu widziałam? I czemu światła są zgaszone? A reszta pomocy kuchennej? Rozumiem, że mieszkam tu sama z Sylvianem, ale chyba ktoś jeszcze musi być, tak?
   Moje spojrzenie przewierca go na wylot. Zaczyna się bardzo stresować. Po jego nerwowych ruchach i zakłopotaniu w jakie go wprawiłam, jestem pewna, że nie umie kłamać i szybko się denerwuje. Zupełnie inaczej niż Sylvian...
- Nie mam pojęcia jakie o jakie światełko ci chodzi, ja nic nie widziałem. Światła są zgaszone, bo właśnie miałem zamiar wychodzić z kuchni. Nie ma pomocy kuchennej, ponieważ wspaniale radzę sobie sam.
   Na koniec swojej wypowiedzi uśmiecha się szeroko, chyba myśli, że mnie oszukał, ale nie ma tak łatwo. Wpadam na genialny pomysł.
- Jeśli nie jest panu potrzebny ten kijaszek, to mogę go sobie wziąć?
   W tym momencie jego twarz robi się czerwona jak buraczki, jego wzrok błądzi po pomieszczeniu. Pewnie szuka sensownej wymówki, żebym chociaż tym razem uwierzyła. Nie wiem czemu, ale bardzo zależy mi, aby go zdobyć, a im bardziej Pablo się upiera i kłamie, tym bardziej chcę go mieć.
    Jeśli go zdobędziesz, poznasz prawdę o sobie, przypomnisz sobie wszystko! - po raz kolejny słyszę ten głos i po raz kolejny go olewam. Pewnie przy upadku uderzyłam się w głowę, myślę.
   Czekając na odpowiedź zaczynam zwracać uwagę na szczegóły. Pablo jest wysoki i bardzo szczupły jak na kucharza. Proste blond włosy opadają na jego twarz przysłaniając niebieskie oczy. Muszę przyznać, że jego kości policzkowe są seksowne i to nawet bardzo. Zaczynam się zastanawiać jaki jest. Jakie ma zainteresowania, czy faktycznie jest tak dobrym kucharzem (bo w końcu co to jest ugotować trzy jajka i wyciągnąć ser i szynkę z lodówki). Zastanawiałam się też, ile ma lat. Nie wygląda na wiele starszego ode mnie...
    Z zamyślenia wyrwał mnie jego głos.
- Ja muszę przeprosić, późno już jest. Dobranoc.
   Zanim zdążam cokolwiek powiedzieć, kucharza już nie ma w kuchni. Super, zmarnowałam taką okazje na dowiedzenie się czegoś, wkurzam się na samą siebie. Następnym razem będę musiała bardziej skupić się na rozmowie. Odwracam się do wyjścia i zauważam naczynia, które tu przyniosłam. Zapomniałam mu podziękować za kolacje. Zrobiło mi się troszkę głupio, bo w sumie tylko to miałam zrobić. Wzdycham i kieruję się w stronę drzwi. Wychodzę z kuchni, później z dużej jadalni, wchodzę po schodach na górę i wreszcie otwieram drzwi do pokoju. Biorę pierwszą lepszą piżamę i idę się przebrać, umyć zęby i spać. Jestem wykończona. 

środa, 9 września 2015

Rozdział 7.

* oczami Sylviana * 

   Odprowadzam Pablo wzrokiem do drzwi kuchennych. Sposób w jaki się do mnie odnosił jest naprawdę przyjemny. Oczywiście tylko on wie, że jestem księciem zaczarowanej krainy, więc zwraca się do mnie z należnym szacunkiem. Sam go tu sprowadziłem z pałacu. uznałem, że przyda się ktoś ogarnięty i wtajemniczony. Po za tym po poznaniu ludzi wiem, że uznaliby mnie za wariata jeśli zacząłbym opowiadać o naszym królestwie. Obracam się do stolika i widzę, że to małe irytujące dziecko zaczęło już jeść. Zmiotła dosłownie połowę jedzenia ze stołu i na jej talerzu spoczywa teraz góra jedzenia. Uśmiecham się pod nosem myśląc, jak ona ma zamiar to wszystko zjeść. Odetchnąłem głęboko starając się utrzymać uśmiech na twarzy. Muszę udawać dobrego braciszka. Nie mogę zawieść mojej rodziny. 
   Siadam obok dziewczyny, zastanawiając się co zjeść. Cieszy mnie cisza, która nas otacza. Zero pytań, krzyków i kłamstw z mojej strony. W taki sposób mogę spędzać z nią czas. 
   Rozglądam się po stale, biorę jajko na twardo i nóż, żeby pokroić je w plasterki. Zobaczyłem kontem oka, że Charlie na mnie patrzy. Czuję się przez to niekomfortowo, ale staram się to zignorować. Biorę kromkę chleba i smaruję margaryną, później nakładam na nią sałatę, ser, szynkę i jajko. Ona nadal się na mnie gapi, Czy tak trudno zrozumieć, że jest to bardzo denerwujące? Chciałem w spokoju zjeść kolację, ale jak widać nie jest mi to dane. 
   Widzę jak szykuje się do powiedzenia czegoś, więc szybko biorę gryza kanapki, co jednocześnie uniemożliwia mi rozmawianie z nią. Zauważam, że porusza ustami jak ryba wyjęta z wody. Muszę przyznać, że to jest zabawne.
   Może i nie mogę rzuć tego gryza wiecznie, ale da mi to troszkę czasu na wymyślenie jakiegoś dobrego kłamstwa w które uwierzy. 
- Sylvian? Tak w ogóle to gdzie my jesteśmy?
    Wszędzie ta jej ciekawość! Zamiast cieszyć się, że ma gdzie mieszkać (i to w tak ekskluzywnej willi, na uboczu, z dala od ludzi, w lesie tak jak to zawsze marzyła), to ona musi być taka ciekawska. Może od razu jej powiem skąd jest, kim jest i będziemy mogli razem rozwiązać nasz problem. Nie. Nie po to tyle się trudziłem z usunięciem jej pamięci, żeby teraz się poddać i wszystko zepsuć. Ojciec na mnie liczy i nie mogę go zawieść.
    Połykam jedzenie i wybieram jedną z najlepszych odpowiedzi.
- Jesteś w domu Charlie, czy to tak trudno zauważyć? 
   Mój głos jest oschły. Mam nadzieje ją tym zniechęcić do dalszej rozmowy. W sumie to chyba ją zgasiłem, bo nic nie mówi. Postanawiam wrócić do spożywania mojej pysznej kanapki i zapomnieć o tym, że w ogóle się odezwała, ale ona nie daje za wygraną. 
- Ale gdzie ten dom się znajduje? Chodzi mi o miasto - wzdycha zmęczona. Wpatruje się we mnie, jakby chciała mnie przewiercić tym spojrzeniem, ale ze mną nie ma tak łatwo. Przybieram zirytowany wraz twarzy. 
- Miasto nie jest istotne. Powinnaś się cieszyć, że masz gdzie mieszkać, a teraz pozwolisz, że wrócę do posiłku. 
   Mam dość tego bachora. Może nie zrobiła nic strasznego, szczerze to nic nie zrobiła, ale ta jej ciekawość! Nienawidzę tego ciągłego pytania się.
    Kryję do niej też urazę za wcześniejsze lata. Jak wprowadziłem się z ojcem do zamku myślałem, że będzie fajnie. Rachel była naprawdę miłą i opiekuńczą osobą. Kogoś takiego od zawsze mi brakowało. Ojciec zawsze wymagał ode mnie więcej niż mógłbym mu dać. Mimo to kocham go i wiem, że robił to dla mnie. Dzięki niemu jestem dzisiaj silny i potrafię sobie poradzić z wieloma problemami. A jednym z nich jest ta siedząca na przeciwko mnie, stanowczo zbyt ciekawska i zbyt porywcza, młodsza siostrzyczka. Jednak po kilku dniach okazało się, że to wcale nie jest taka sielanka. Siostra może i była ode mnie młodsza o te 3 lata, ale też bardziej utalentowana. Musiałem wszystko nadrabiać i cały czas uczyć się tańca, śpiewu i malarstwa. To było bardzo męczące, bo nienawidzę takiego czegoś. W ogóle na co mi było coś takiego? Nie miałem czasu na zabawę ze starymi kolegami i na robienie rzeczy które są bardziej męskie. Dopiero po dwóch latach męczarni, gdy już wszystko umiałem, zacząłem zajmować się ciekawszymi rzeczami, takimi jak łucznictwo czy wyprawy na Ziemię. Teraz na szczęście wszystko się zmieniło, nasze role się odwróciły. Teraz to ja jestem silniejszy. Musi się mnie słuchać.
   Skończyłem posiłek i wstaję od stołu kierując się w stronę drzwi. W ostatnich chwili, gdy moja ręka spoczywa już na klamce, przypominam sobie o graniu dobrego braciszka, co w sumie nie wyszło mi najlepiej przed chwilą. 
- Dobranoc - mówię.
Dziewczyna spogląda się do mnie,  a na jej twarzy widnieje przyjazny uśmiech. 
- Dobranoc - odpowiada z za dużym entuzjazmem.
   Otwiera drzwi i wychodzę.

sobota, 1 sierpnia 2015

Rozdział 6.

*oczami Charlie*
    Ubieram się szybko w dżinsy i kolorową koszulkę. Na nogi wsuwam szare kapcie. 
    Schodzę na dół i w widzę Sylviana czekającego na mnie przy drzwiach. Gdy mnie zauważa, na jego twarzy pojawia się lekki grymas. Po raz kolejny boli mnie jego zachowanie. Zeskakuję z ostatniego stopnia i podchodzę do niego.
- To gdzie teraz? - mam nadzieję, że gdzieś pojedziemy i będę mogła zobaczyć okolice. Bardzo chciałabym się dowiedzieć, gdzie się znajduję i może poznać nowych przyjaciół.
- Pójdziemy do jadalni, a Pablo, nasz kucharz, powie co dzisiaj dobrego mamy na kolacje.
   Jego odpowiedź mnie zawodzi, ale nie tracę nadziei. Ruszam wolnym krokiem za Sylvianem i rozglądam się. Na ścianach wiszą piękne i ogromne obrazy. Korytarz jest bardzo długi, a jednak już dostrzegam ogromne białe drzwi na jego końcu. Moja ciekawość znów zwycięża i przyspieszam, żeby jak najszybciej się tam znaleźć. Mam nadzieje, że to pomieszczenie będzie równie niesamowite jak mój pokój i łazienka.
   Sylvian staje przed drzwiami i otwiera je przepuszczając mnie. Idę może trzy kroki i po raz kolejny dzisiaj staję jak wryta.
   Jest to wielkie pomieszczenie z masą krzeseł i stolików. Zupełnie jakby na jakieś bale czy coś takiego, myślę. Tylko jeden stolik na środku jest nakryty. Pewnie dla nas. Patrzę na sufit. Wiszą na nim piękne kryształowe żyrandole. Panuje półmrok, przez wielkie okna wpadają resztki światła słonecznego. Słyszę jak drzwi się zamykają, a Sylvian staje za mną.
- Niesamowite prawda? - patrzy się na mnie za pewne oczekując odpowiedzi. Zastanawiam się czy zwykłe powiedzenie "tak" nie będzie za mało entuzjastyczne. Dlatego uśmiechnęłam się szeroko, rozłożyłam ręce i zaczęłam biec slalomem między stołami.
- Tak! - teraz czuje, że przekazałam mu całe moje emocje. Dobiegam do stolika i czekam na mojego wolnego brata. Na stole widzę małe, słodziutkie kanapeczki, jajecznicę, jajka na miękko i twardo. Można też było zrobić samemu kanapkę, osobno był chleb, margaryna, różne rodzaje szynek i serów. Do picia była ciepła herbata. Mój brzuch już wyczuł zapach jedzenia i dał o sobie znać, domagając się tych pyszności.
- Ktoś tu jest głodny - słyszę nieznajomy głos dobiegający zza moich pleców. Odwracam się i widzę wysokiego mężczyznę z lekką siwizną na włosach. Jest ubrany w biały fartuch kucharski i kucharską czapkę. Z szerokim uśmiechem na twarzy poodchodzi do stolika przy którym siedzimy.
- No no, czy przygotować coś na zamówienie, Sylvianie? - pyta mojego brata z wyraźnym szacunkiem w głosie. Spoglądam na Sylviana. Podoba mu się to. Ciekawe, czy jak jakbym się do niego tak zwracała, to byłby milszy. 
- Nie, dziękuję Pablo. Wszystko wygląda wspaniale i na pewno też tak smakuje.- posyła kucharzowi ciepły uśmiech. Nie wierzę własnym oczom. Czy on naprawdę jest miły dla kucharza? Troszkę mnie to boli i czuję lekkie ukłucie w sercu, ale cóż może teraz wszystko się zmieni i znów będzie dla mnie miły. Może to było chwilowe załamanie.
  Wtedy przy drzwiach mnie przeprosił i widziałam, że żałuje tego co zrobił. Mam nadzieję, że teraz wszystko będzie dobrze.
 Odrywam się na chwilę od myśli i siadam do stołu. Kucharz odchodzi, a Sylvian się dziwnie uśmiecha. Nakładam sobie na talerz wszystko, co jest w zasięgu moich rąk, olewając go. Sylvian jeszcze nie zdążył usiąść, a ja już pożerałam pierwszą niewinną kanapkę, która zresztą ledwo mieści mi się w ustach. Piękny dzień

A na koniec kilka informacji:

  1. Ostatni szósty rozdział był żartem z okazji Prima Aprilis, ale nikt się nie nabrał. A szkoda. 
  2. Wyobraźcie sobie, że razem z Oliwią zapomniałyśmy o tym blogu. HAHAHAHAHAHAHAHAH nie mam pojęcia jakim cudem, ale po prostu zapomniałyśmy o jego istnieniu xD

Tak czy inaczej,

WRACAMY Z NOWYM ROZDZIAŁEM I PROSIMY O CIERPLIWOŚĆ !!!

Z powodu nadchodzącego roku szkolnego, nie wiem co ile będziemy dodawać coś nowego. Dlatego właśnie prosimy Was, drodzy czytelnicy, żebyście to zrozumieli.

Komentujcie i dawajcie nam swoje pomysły :D